Nazywam się Dariusz Wolański, mam czterdzieści jeden lat i prowadzę serwis samochodowy w Radomiu przy ulicy Wośnickiej – ten sam, który założył mój ojciec w osiemdziesiątym siódmym. Piszę to, bo moja teściowa, Halina Brzozowska, opowiada wszystkim w Radomiu swoją wersję tego, co się stało na Zanzibarze. Chcę, żeby ktoś usłyszał moją.
Zacznę od tego, skąd w ogóle wzięły się te wakacje. Moja żona Kinga pracuje w przychodni jako pielęgniarka, ja od piętnastu lat siedzę pod maskami samochodów, i przez dwanaście lat małżeństwa nie było nas stać na nic dalej niż Mielno. Latem zeszłego roku umarł mój ojciec. Zostawił mi warsztat – dwa podnośniki, kanał, magazyn części i klientelę, którą budował przez trzydzieści siedem lat. Sprzedałem połowę udziałów wspólnikowi, bo sam bym tego nie udźwignął, i po raz pierwszy w życiu miałem na koncie sumę, o której wcześniej tylko czytałem: sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych.
Kinga płakała, kiedy zobaczyła bilety. Dwadzieścia osiem dni, hotel w Nungwi, śniadania i kolacje wliczone. Wydałem na to jedenaście tysięcy złotych z tamtej sumy reszty nawet nie ruszałem, leżały na lokacie. Zaprosiliśmy teściową, bo Kinga się uparła – powiedziała, że matka nigdy nigdzie nie wyjeżdżała, że to będzie dla niej jak nagroda za całe życie. Ja się zgodziłem, bo tak było łatwiej. Tego żałuję najbardziej.
Halina od pierwszego dnia zachowywała się, jakby to ona to wszystko zorganizowała. Przy śniadaniu na tarasie, z widokiem na ocean, powiedziała kelnerowi, że jej zięć „w końcu dorobił się rozumu po ojcu". Kinga się śmiała, bo tak u nich w rodzinie się mówi, niby żartem. Ja milczałem, bo dwunasty rok się uczę milczeć przy tej kobiecie.
Czwartego dnia poszliśmy we trójkę nurkować z rurką przy Mnemba. Miałem przy sobie telefon w wodoszczelnym pokrowcu, bo chciałem sfilmować rybę-clown, którą pokazał nam przewodnik, Juma. Kinga została na łódce, bo dostała choroby morskiej. Ja i Halina wskoczyliśmy do wody. I wtedy to się stało – prąd znosił nas od łódki, może trzydzieści metrów, i nagle Halina zaczęła krzyczeć, że nie czuje nogi, że ją coś ukąsiło.
Powiem wprost: przez sekundę pomyślałem, że udaje, bo ta kobieta potrafi zrobić dramę z niedogotowanego ziemniaka. Ale zobaczyłem jej twarz pod wodą przez maskę i to nie była gra. Popłynąłem do niej, złapałem ją pod ramiona, krzyczałem do Jumy. Prąd był silny, ciągnął nas w bok od łodzi, a ona się nade mną zamykała z paniki, ciągnęła mnie w dół. Miałem w głowie tylko jedno zdanie z kursu ratownika, który skończyłem jeszcze w liceum: nie pozwól, żeby utopiła was oboje.
Juma dopłynął po dwóch minutach, które trwały jak pół godziny. Wciągnęliśmy Halinę na łódź. Nogę miała pociętą o koral, nie ukąszenie, tylko rozcięcie, głębokie, krwawiące w wodzie tak, że Kinga zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej niż matka. Zawieźli nas do przychodni w Kiwengwa. Osiem szwów, antybiotyk, tydzień bez chodzenia po plaży.
I tu zaczyna się to, o czym Halina teraz opowiada inaczej.
Na łódce, zanim jeszcze dotarliśmy do brzegu, powiedziała do mnie jedno zdanie: „Mogłeś mnie tam zostawić". Powiedziała to z pretensją, jakbym powinien był ją zostawić, żeby udowodnić coś, co ona sobie wymyśliła w głowie – że ja od dawna czekam na okazję, żeby się jej pozbyć, bo „zawsze byłem zazdrosny o czas Kingi". W szpitalu, kiedy zszywali jej nogę, powtórzyła to samo pielęgniarce po angielsku, łamanym, ale zrozumiałym: że zięć się wahał, zanim po nią popłynął.
Nie wahałem się. Widziałem nagranie z kamery na maszcie łodzi, bo kapitan miał kamerę do monitorowania nurków – Juma mi je pokazał tego samego wieczoru, bo się zdenerwował, że ktoś sugeruje jego firmie zaniedbanie. Na filmie widać, jak skaczę do wody trzy sekundy po pierwszym krzyku Haliny. Trzy sekundy. Poprosiłem Jumę o kopię na pendrive'ie, który kupiłem następnego dnia w sklepiku przy hotelu za sześć dolarów. Mam ten plik do dziś.
Wróciliśmy do Polski w połowie listopada, deszcz, szaro, ten sam Radom co zawsze. Halina zaczęła dzwonić do sąsiadek, do siostry, do wszystkich w kościele na Ustroniu, gdzie chodzi od lat, i opowiadać, że „omal nie zginęła, bo zięć się zawahał, a mogła utonąć jak nic". Kinga usłyszała to od cioci na imieninach i przyszła do mnie z pytaniem w oczach, którego się bałem bardziej niż tamtej fali na Mnembie.
Nie kłóciłem się z Haliną. Nie dzwoniłem do niej, nie pisałem. Zrobiłem coś innego. W poniedziałek po powrocie pojechałem do notariusza przy ulicy Żeromskiego, gdzie już wcześniej umawiałem się w sprawie udziałów w warsztacie po ojcu. Powiedziałem Kindze wieczorem, przy kolacji, bez podniesionego głosu: przepisuję pełnomocnictwo do konta firmowego wyłącznie na siebie i na wspólnika, cofam to, które od trzech lat miała Halina jako osoba, która w razie czego mogła w moim imieniu odbierać przelewy od jednego z klientów – umowa flotowa, sto dwadzieścia tysięcy złotych rocznie, którą kiedyś załatwiła przez znajomego i dlatego dostała ten dostęp jako gest wdzięczności.
Kinga zapytała, czy to na złość matce. Odpowiedziałem, że nie – że po prostu przestaję ufać komuś, kto mnie ratunku z wody spłaca oskarżeniem, że się wahałem. Że nie muszę jej niczego udowadniać nagraniem z pendrive'a, bo nie o dowód tu chodzi, tylko o to, że człowiek, który tak mówi za moimi plecami, nie powinien mieć dostępu do pieniędzy mojej firmy.
Dokumenty podpisałem w środę. W czwartek zadzwonił księgowy z pytaniem, dlaczego Halina Brzozowska nie figuruje już jako osoba upoważniona – bank się z nim skontaktował rutynowo. W piątek Halina przyjechała do warsztatu, pierwszy raz w życiu, chociaż mieszka piętnaście minut drogi stąd. Stanęła przy biurku, w tym samym płaszczu, w którym leciała do Afryki, i zapytała wprost, czy to prawda.
Powiedziałem jej, że tak. Że mam nagranie z łodzi, jeśli chce je zobaczyć, ale że nie o to chodzi. Że mogła powiedzieć cokolwiek na tej łódce, w szoku, z bólu, i to bym jej wybaczył od razu. Ale ona powtarzała tę samą historię trzy tygodnie później, trzeźwo, przy niedzieli, sąsiadkom i księdzu, i to już nie był szok – to był wybór.
Nie krzyczała. Popatrzyła na kanał serwisowy za moimi plecami, na te same podnośniki, które pamiętała jeszcze z czasów mojego ojca, i wyszła bez słowa. Kinga zadzwoniła do niej wieczorem – rozmawiały czterdzieści minut, ja nie słuchałem. Halina do dziś nie ma dostępu do konta firmowego. Umowę flotową przejął mój wspólnik, oficjalnie, na piśmie.
Na Zanzibarze zostały nam zdjęcia, które Kinga wstawiła na Facebooka – ja i Halina na łódce, ona z bandażem na łydce, ja mokry, uśmiechnięty do obiektywu, bo tak wtedy kazano nam stanąć do zdjęcia. Nikt z komentujących nie wie, co było naprawdę. Ja wiem. Plik z nagraniem trzyma się na pendrivie w szufladzie biurka, obok faktur od dostawcy części, i nikomu go nie pokazuję – bo nie o to już chodzi.



