Chwyta oddechu, kim ja, drugi uczestnik tej historii, jestem — i przedstawiam wersję zdarzeń z Malediwów, tak jak je zapamiętałem ja, Bartosz Rutkowski, czterdziestotrzyletni kierownik budowy z Wrocławia.

Nazywam się Bartosz Rutkowski, mam czterdzieści trzy lata i przedstawiam wersję zdarzeń z Malediwów tak, jak je zapamiętałem — ja, kierownik budowy z Wrocławia, mąż kobiety, która w krytycznym momencie okazała się twardsza ode mnie.

Od osiemnastu lat pracuję na budowach — ostatnio przy osiedlu na Muchoborze Wielkim we Wrocławiu. Z żoną Kariną byliśmy małżeństwem jedenaście lat. To ona wybrała Malediwy na nasz urlop — uzbierałem premię za oddany terminowo blok, więc pomyślałem: należy się nam coś ekstra, nie zwykły Egipt czy Chorwacja, tylko coś, o czym będziemy opowiadać znajomym przy grillu.

Polecieliśmy z Warszawy przez Dubaj, dwadzieścia trzy godziny w drodze, w hotelu na atolu Ari zapłaciliśmy jedenaście tysięcy złotych za tydzień all inclusive. Karina robiła zdjęcia do każdego posiłku, ja piłem piwo z palmą na etykiecie i czułem się, jakbyśmy wreszcie dogonili życie, na które od lat pracowaliśmy.

Czwartego dnia zacząłem odczuwać dziwne ukłucia w brzuchu — jakby ktoś wewnątrz szturchał mnie palcem. Zignorowałem to, bo w takim miejscu człowiek nie chce psuć sobie nastroju. Piątego dnia rano, kiedy siedziałem na leżaku z kokosem w ręku, poczułem coś, co przypominało ruch — dosłownie ruch pod skórą, w okolicy pępka. Karina zapytała, co się dzieje. Powiedziałem, że pewnie coś zjadłem, że zaraz przejdzie.

Nie przeszło. Wieczorem, kiedy zdjąłem koszulkę pod prysznicem, zobaczyłem na brzuchu wypukłość wielkości orzecha włoskiego, a pod cienką warstwą skóry — coś, co się poruszało. Krzyk Kariny słyszałem chyba jeszcze przez cały korytarz hotelowy. Recepcjonista wezwał lekarza z pobliskiej wyspy, a ten, obejrzawszy zmianę przez lupę, powiedział słowo, którego nigdy w życiu nie chciałem usłyszeć: larwa muchy botfly, prawdopodobnie zaniesiona przez ukąszenie komara albo kontakt z zainfekowanym ręcznikiem plażowym.

Miałem żywe stworzenie rozwijające się pod moją skórą, jedzące mnie od środka — i musiałem to poczuć, zanim ktokolwiek zdążył mi wytłumaczyć, co się właściwie dzieje.

Lekarz na wyspie nie miał odpowiedniego sprzętu do bezpiecznego usunięcia larwy — bał się, że przy nieostrożnym nacięciu robak pęknie pod skórą i wywoła zakażenie. Zalecił natychmiastowy transport na Malé, do kliniki z chirurgiem. Karina, która przed wyjazdem bała się nawet zastrzyku na grypę, w ciągu dwudziestu minut zorganizowała łódź, zadzwoniła do naszego ubezpieczyciela podróżnego i spakowała nas oboje, podczas gdy ja siedziałem na łóżku, bojąc się poruszyć, żeby nie sprowokować tej rzeczy do głębszego wejścia.

Podczas przeprawy łodzią — czterdzieści minut po wzburzonym morzu — Karina trzymała moją dłoń tak mocno, że później miałem siniaki. Nie mówiła nic mądrego, nie uspokajała pustymi słowami. Powtarzała tylko: „Jesteśmy prawie na miejscu, jesteśmy prawie na miejscu" — jakby to ona, a nie ja, potrzebowała to usłyszeć.

W klinice w Malé chirurg, mężczyzna po sześćdziesiątce z rękami wprawionymi jak u żołnierskiego medyka, obejrzał zmianę i powiedział, że larwa urosła już do rozmiaru dużego paznokcia kciuka i ma około dwóch centymetrów długości. Zabieg wykonano w znieczuleniu miejscowym — poczułem tylko ucisk i szarpnięcie, kiedy wyciągali stworzenie pęsetą, żywe, wijące się, przez nacięcie wielkości grosika. Karina stała przy drzwiach sali zabiegowej, bo nie wpuszczono jej do środka, i słyszałem, jak przez uchylone drzwi wypytywała pielęgniarkę co pięć minut, czy już koniec.

Kiedy wyszedłem z sali z bandażem na brzuchu, pierwsze co zrobiła, to nie przytuliła mnie i nie zapytała, jak się czuję. Powiedziała: „Wracamy do domu. Nie interesuje mnie zwrot pieniędzy za hotel, nie interesuje mnie ubezpieczenie, wsiadamy w samolot i lecimy do Wrocławia, gdzie są normalni lekarze i normalne łóżko".

Rachunek za klinikę w Malé wyniósł tysiąc dwieście dolarów, które zapłaciliśmy z karty, bo polisa turystyczna miała limit dwieście tysięcy złotych na leczenie za granicą, ale procedura zwrotu miała trwać sześć tygodni, a my nie mieliśmy czasu na papierkową wojnę, siedząc na wyspie z otwartą raną. Zmieniliśmy bilety powrotne za dodatkowe dziewięćset złotych i wylądowaliśmy w Warszawie po trzydziestu ośmiu godzinach podróży, w poranku pachnącym kawą z automatu na Okęciu, zamiast kokosów i oceanu.

To, czego nikt mi nie powiedział wcześniej, a czego dowiedziałem się dopiero po powrocie, w szpitalu przy ulicy Borowskiej we Wrocławiu, to że larwa botfly potrafi żyć pod skórą człowieka do ośmiu tygodni, oddychając przez malutki otwór, który sama sobie robi w naskórku — i że gdybyśmy zwlekali choćby dwa, trzy dni dłużej, ryzyko wtórnego zakażenia bakteryjnego byłoby na tyle poważne, że mogłoby skończyć się sepsą. Lekarz na Borowskiej, kiedy zobaczył zdjęcia z Malé, powiedział krótko: „Miał pan szczęście, że żona się nie zawahała".

Karina przez pierwsze dwa tygodnie po powrocie nie odzywała się o urlopie w ogóle — jakby ta rozmowa mogła znowu wywołać u niej tamten dźwięk, który wydała, kiedy zobaczyła ruch pod moją skórą. Dopiero pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy przy stole w naszym mieszkaniu na Krzykach, z otwartą butelką wina przywiezioną z duty free, o której oboje zapomnieliśmy, przekręciła kieliszek w palcach i powiedziała: „Myślałam, że stracę cię przez jakiegoś robaka na wyspie, o której nikt w Polsce nawet dobrze nie wie, gdzie leży".

Blizna na brzuchu, wielkości małej monety, została mi jako pamiątka — nie z plaży, nie z zachodu słońca. Czasem, myjąc się rano, przejeżdżam po niej kciukiem i wtedy wracam do tamtego korytarza w klinice na Malé, gdzie za drzwiami stała Karina i co pięć minut pytała pielęgniarkę, czy już koniec.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden − jeden =

Chwyta oddechu, kim ja, drugi uczestnik tej historii, jestem — i przedstawiam wersję zdarzeń z Malediwów, tak jak je zapamiętałem ja, Bartosz Rutkowski, czterdziestotrzyletni kierownik budowy z Wrocławia.