Mój mąż i ja jesteśmy małżeństwem od pięciu lat. Mamy dwoje dzieci: czteroletnią córkę i rocznego syna. Mieszkamy w jego rodzinnym mieszkaniu z matką. Sama teściowa mieszka w swoim mieszkaniu z drugim mężem i wspólnymi dziećmi. Wydaje się być miła, ale tak naprawdę jest tyranką i nie toleruje sprzeciwu… W Dzień Niepodległości teściowa zaprosiła nas do siebie. Pojechaliśmy tam samochodem męża. Pomogłam jej w przygotowaniu potraw, a moja córka bawiła się z kotem. Krótko mówiąc, dobrze się bawiliśmy. Jednak o szóstej powiedziałam mężowi, że czas wracać do domu.
Dzieci trzeba było umyć, a córkę przygotować do przedszkola. Nasz syn zaczął się zachowywać kapryśnie. Mąż poszedł z braćmi i ojczymem na piłkę. Czekałam jeszcze pół godziny, a potem zaczęłam wracać do domu z synem. Natomiast córka myślała, że ojciec przyjedzie później. Wtedy teściowa pokazała swoje niepohamowane usposobienie. Zaczęła mnie oskarżać, pytając: „Kim jesteś? Zrujnowałaś nam spotkanie! Nie nazywasz mnie mamą!” Nic nie odpowiedziałam, ale byłam wściekła i poszłam po córkę. Teściowa wzięła wnuczkę na ręce i dalej krzyczała: „Nie chcę, abyś więcej tutaj postawiła swoją nogę, okropna istoto! Mój syn ożenił się bez miłości! Teraz stajesz przeciwko mnie!”
„Byłaś niewdzięczną osobą od początku!” – krzyczała.
– Nie waż się mnie i mojej rodziny obrażać!
W domu oczywiście powiedziałam mężowi o tym, co się stało. Zamiast skrytykować swoją matkę, próbował mnie uspokoić.
– Nikt nie zamknie buzi mojej mamie, ale myślałem, że chociaż Ciebie nie da się zdenerwować – tłumaczył mężczyzna. Po kilku dniach pogodziliśmy się z mężem.
– Nigdy więcej się z nią nie spotkam. I nigdy więcej nie pozwolę jej wejść do moich dzieci.
Nie obwiniam się w tej historii.
