Po mojej teściowej można się spodziewać wszelkich „niespodzianek”. Wystarczy stracić czujność, a ona zaraz zaatakuje… Mój mąż i ja mieszkamy w mieście, a rodzice męża na wsi. Wiosną przyjechaliśmy do nich na kilka dni. W trakcie rozmowy teściowa zapytała, na jaki miesiąc zaplanowaliśmy urlop. Na naszą odpowiedź, że na przełomie czerwca/lipca zaczęła namawiać nas do zmiany urlopu na sierpień. Twierdziła, że w czerwcu/lipcu jest gorąco i jest wielu wczasowiczów, zwłaszcza nad morzem, gdzie zamierzamy jechać z mężem.
A w sierpniu, powiedziała – przyjedziecie do nas na tydzień, odpoczniecie trochę, pięć dni, a potem pojedziecie tam, gdzie chcecie. I jednocześnie nas skrytykowała, mówiąc, że rzadko przyjeżdżamy, a oni tu sami… Posłuchaliśmy jej zaleceń i poprosiliśmy o urlop w sierpniu. W tym samym czasie regularnie dzwoniliśmy, sprawdzaliśmy plany: kto, gdzie, kiedy… Do urlopu pozostały cztery dni, kiedy zadzwoniła teściowa i postawiła przed faktem – że kupili już bilety nad morze i wyjeżdżają za cztery dni. A ponieważ mój mąż i ja jeszcze nie kupiliśmy biletów, zaproponowano nam przyjazd do nich (zgodnie z obietnicą) i odpoczynek tam, a jednocześnie zaopiekowanie się gospodarstwem przed ich przybyciem.
Niestety, nie wrócili po tygodniu, a po dwóch tygodniach. Tak więc zamiast dwóch tygodni nad morzem, pluskaliśmy się tam przez jeden tydzień. Mąż oczywiście pomarudził na matkę, ale nie mógł jej odmówić. Szkoda było nie tylko stracić tydzień odpoczynku nad morzem, ale także wymęczyć się opieką nad ogromnym gospodarstwem. Wielokrotnie prosiliśmy, aby skończyli z sadzeniem takiej ilości plonów, ale nie, są uparci. A my praktycznie za darmo musieliśmy wszystko zrobić w tym roku, kiedy oni odpoczywali…
