Szok był ogłuszający: dowiedział się, że jestem w ciąży i zostawił mnie jak tchórzliwy drań!
Nazywam się Marianna Nowak, mam 20 lat i mieszkam w Białowieży, gdzie Podlasie skrywa swoje szare dni w cieniu lasów i Puszczy Białowieskiej. Długo wahałam się, czy do Was napisać, ale po przeczytaniu wyznań innych dziewczyn, zdecydowałam się przelać swoją bolączkę na papier. Moja historia to niezaleczona rana, cień, który mnie ściga, zatruwając każdy dzień mojej młodości.
Wszystko zaczęło się, gdy miałam 15 lat. Zakochałam się w chłopaku, Piotrze — był tak przystojny, że wydawał się bohaterem wyjętym z marzeń. Jego oczy, jego uśmiech — wszystkie dziewczyny w szkole potajemnie go wielbiły. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, gdy przyjaciółka wyszeptała, że chce się ze mną spotkać. „Na pewno?” — dopytywałam, serce waliło jak ptak w klatce. Zgodziłam się bez wahania. Na pierwszym spotkaniu dał mi czerwoną różę — do dziś ją przechowuję, zasuszoną, między kartkami starej książki. Ten wieczór był jak bajka: jego głos, jego ciepło — tonęłam, nie dostrzegając, jak spadam w przepaść.
Oddałam mu się — i to był mój największy błąd. Niedługo potem dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Świat runął. Rodzice, gdy się dowiedzieli, patrzyli na mnie obco: ojciec milczał z zaciśniętymi pięściami, a mama płakała, jakbym już nie żyła. Byłam przerażona, w pułapce, z której nie widziałam wyjścia. A on, Piotr, mój piękny książę, porzucił mnie jak tchórz. Gdy usłyszał o dziecku, zbladł, mamrotał coś niezrozumiałego i zniknął — rozpłynął się, jakby nigdy go nie było. Zostałam sama, z tym strachem, wstydem, ciężarem miażdżącym moją młodość.
W domu zapadła cisza — gorsza od krzyków. Rodzice odwrócili się, obraza dławiła ich, a ja nie wiedziałam, dokąd uciec. W końcu, za zgodą mamy, poddałam się aborcji. To był koszmar: ból, łzy, pustka. Zamknęłam się w sobie, jak w grobie. Szok był tak wielki, że przez lata nie mogłam podnieść wzroku na chłopaków. Od tamtej pory nie miałam nikogo — ani randek, ani nawet nuty uczuć. Miłość stała się dla mnie trucizną, a seks koszmarem, z którego budzę się zlękniona. Boję się ponownej ciąży, boję się, że jeśli to się stanie, będę musiała rodzić, a strach ten zamroził mnie jak lód.
Straciłam siebie. Moja dusza to jak pęknięta skrzypce, które grają tylko przygnębiające melodie, odpowiadając mojej melancholii. Żyję w samotności, w wiecznym smutku, gdzie brak miejsca na radość. Słońce dla mnie zgasło, uśmiechy stały się obce, a mój cień jest jak duch śledzący każdy krok. Zapomniałam, jak rozmawiać z chłopakami, jak patrzeć im w oczy bez drżenia. Mój głos drży, gdy ktoś zaczyna ze mną rozmowę, a serce ściska się z przerażenia. Stałam się lodową statuą — zimną, kruchą, niezdolną poczuć ciepła.
Czasem patrzę w lustro i nie poznaję siebie. Gdzie jest ta dziewczyna, która śmiała się, marzyła, wierzyła w miłość? Piotr ją ukradł, zdeptał, zostawiając mi tylko ból i strach. Chodzę ulicami Białowieży, widzę zakochane pary i wewnątrz wszystko krzyczy: dlaczego nie ja? Dlaczego moje życie to mrok? Chcę kochać, chcę żyć, ale za każdym razem, gdy o tym myślę, przed oczyma staje jego twarz — piękna, kłamliwa, tchórzliwa. Zostawił mnie w najgorszym momencie, a ten szok nadal odbija się echem w moim sercu.
Nie wiem, jak wyrwać się z tego piekła. Strach zakuł mnie w kajdany: boję się zaufać, boję się znowu się otworzyć, boję się powtórzenia tego koszmaru. Moja młodość powinna być pełna światła, a tonę w smutku. Przyjaciele zapraszają na spacery, ale kryję się w domu, w swoim pokoju, gdzie tylko ściany znają moją boleść. Rodzice dawno wybaczyli, lecz ja nie umiem wybaczyć sobie — za naiwność, za słabość, za to, że mu uwierzyłam. Moja róża w książce przypomina mi dzień, kiedy straciłam wszystko.
Proszę Was, powiedzcie, jak mam żyć dalej? Jak stopić ten lód, który spętał moje serce? Pragnę uwolnienia od przeszłości, ale ona trzyma mnie martwym uchwytem. Mam 20 lat, a czuję się jak staruszka, której życie skończyło się, ledwie zaczęło. Piotr odszedł, lecz zostawił mi ten krzyż — strach, samotność, pustkę. Jak znaleźć siłę, aby ponownie uwierzyć w miłość, w ludzi, w siebie? Jestem zmęczona płaczem w poduszkę, boję się. Pragnę słońca w duszy, ale nie wiem, gdzie go szukać. Pomóżcie mi, proszę, tonę w tej ciemności i nie widzę światła.

