Szczęśliwy zbieg okoliczności… Wychowywałem się w niepełnej rodzinie, bez ojca – tylko z mamą i ba…

SZCZĘŚLIWY PRZYPADEK…

Dorastałem w niepełnej rodzinie bez ojca. Wychowywały mnie mama i babcia.
Brak ojca dotykał mnie już w przedszkolu.
A w podstawówce…
Z zazdrością patrzyłem, jak koledzy maszerują dumnie, trzymając za rękę swoich rosłych, męskich ojców, jak się z nimi bawią, jeżdżą na rowerze albo autem.
Bolało mnie szczególnie, gdy ojcowie przytulali córki albo synów, brali ich na ręce, a oni śmiali się w głos…
Boże, widząc to wszystko, myślałem: To musi być prawdziwe szczęście…
Własnego ojca też widziałem…
Ale tylko na jednej fotografii, gdzie się uśmiechał jak inni ojcowie…
Lecz nie do mnie…
Mama powtarzała, że mój tata to polarnik. Że mieszka daleko na północy Polski, tak daleko, że nie może wrócić. Wyjechał, pracuje tam, ale na urodziny wysyła mi podarki regularnie.
Dopiero w trzeciej klasie ze smutkiem zdałem sobie sprawę, że żaden polarnik nie jest moim ojcem…
Nigdy nie był!
Przypadkiem usłyszałem, jak mama mówiła babci, że nie ma już sił dłużej mnie okłamywać i dawać prezenty od ojca, który w rzeczywistości nas porzucił. Choć żyje dostatnio, nigdy nie zadzwonił do syna, nie złożył mi życzeń z okazji urodzin ani z Nowym Rokiem.
Ale Tomek tak kocha te święta!… To jedyne dni, gdy czuje wsparcie, choćby dalekiego, mistycznego, ale rodzinnego człowieka.
Przed kolejną rocznicą powiedziałem mamie i babci, by nie dawali mi żadnych prezentów od ojca, którego nie ma.
Upieczcie po prostu mój ulubiony tort ptasie mleczko i tyle.
Żyliśmy skromnie z pensji mamy i babci.
Gdy zostałem studentem, dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach.
Pewnego razu sąsiad Wojtek zaproponował, żebym zastąpił go w roli Świętego Mikołaja w przedszkolach i u rodzin, które zamawiały wizytę.
Od razu odmówiłem przedszkolom za trudne to dla mnie, trzeba grać spektakle i współpracować z Śnieżynką.
Ale wyjazdy do dzieci w mieszkaniach już mi odpowiadały.
Wojtek dał mi notes z wierszykami, zagadkami i adresami.
Repertuar był prosty, szybko się nauczyłem nie jak egzamin z mechaniki. Ale bałem się kompromitacji.
Pierwszy raz ku mojemu zaskoczeniu okazał się bardzo udany.
Po objechaniu wszystkich dzieci byłem zmęczony, ale i zadowolony z siebie; przeliczyłem zarobek. Byłem w szoku przez pół roku, dźwigając skrzynie weekendami, takich pieniędzy nie zebrałem aż podskoczyłem z radości.
Odtej pory zimą co roku byłem Mikołajem, latem pracowałem w studenckiej brygadzie na budowie.
Na studiach związków nie miałem, ważniejsze były nauka i praca.
Dziewczyny się pojawiały, lecz na ślub czy rodzinę nie było czasu.
Skończę studia, dostanę dobrą pracę, wyremontuję mieszkanie wtedy można myśleć o rodzinie!, marzyłem.
Po zdobyciu dyplomu, pracując już jako inżynier, choć na średnim stanowisku, wymarzyłem sobie używany samochód.
W rodzinie było już przyzwoicie, lecz na auto nie starczało chciałem mieć własny pojazd.
Znów postanowiłem zostać Świętym Mikołajem.
Mama wyjęła z szafy mój kostium, zdjęła folię, dodała mnóstwo brokatu aż zalśnił. Przeczesała białą bujną brodę, która świetnie zakrywała moją twarz.
Przykleiłem gęste brwi popatrzyłem w lustro i byłem zadowolony.
Mama westchnęła:
Tomku, pora na własne dzieci, a Ty cudze zabawiasz.
Przyjdzie czas zamachałem ręką. Trzymaj za mnie kciuki, mamo! cmoknąłem ją w policzek i ruszyłem zarabiać.
Na tydzień przed Nowym Rokiem dałem ogłoszenie w gazecie. Odpowiedziało piętnaście rodzin.
Po obsłużeniu sześciu adresów skreśliłem je i patrzę następny: ul. Sadowa 6, mieszkanie 19.
Wysiadłem z tramwaju i ruszyłem do domu.
Sadowa to prawie obrzeża Krakowa, słabo oświetlona.
Nie szukałem długo. Wspiąłem się na drugie piętro, zadzwoniłem.
Drzwi otworzył chłopiec może pięciolatek.
Na polanie pod lasem w chatce mieszkam… zacząłem rutynowo od progu.
Ale chłopiec przerwał:
My nie zamawialiśmy Mikołaja!
Do grzecznych dzieci przychodzę sam znalazłem w sobie Mikołajową pewność, choć byłem zdezorientowany. Mama, tata są w domu?
Nie. Mama poszła do babci Zofii w sąsiednim domu zrobić zastrzyk. Zaraz wróci.
A Ty, jak masz na imię?
Tomek.
No proszę, mój imiennik, pomyślałem zdziwiony.
Otrząsnąłem się przecież nie powiem mu, że sam jestem Tomkiem! Przecież jestem Mikołajem!
Tomek, gdzie wasza choinka?
W moim pokoju.
Wziął mnie za rękę i zaprowadził do skromnego pokoiku.
Nad łóżkiem, na stoliku zamiast choinki, w dużym słoiku stała gałązka świerku, ozdobiona drobnymi zabawkami i kolorową girlandą.
Obok stały dwa jednakowe zdjęcia w ramkach mężczyzny i kobiety.
Przyjrzałem się … zamarłem.
Na fotografii byłem ja!
Przecież to niemożliwe…
Spojrzałem jeszcze raz. Tak, to moja studencka fotka w kurtce.
Obok zdjęcie dziewczyny Doroty Mierzejewskiej.
Poznałem ją na letniej budowie, gdzie była brygadzistką.
Ale jej obecne zdjęcie nie studenckie. Patrzyła na mnie piękna, lecz zamyślona kobieta, przypominająca wesołą Dorotę sprzed lat.
Kto to? spytałem, głos mi zadrżał.
To mama.
Twoja…?
Moja.
Dorota? wyrwało mi się.
Ojej, prawda! Zgadł Pan! Czy Pan jest prawdziwym Mikołajem? Myślałem, że nie istnieje!
A to kto? wskazałem na… siebie, już podejrzewając, że Tomek to mój syn.
To mój tata! On jest prawdziwym polarnikiem! Mama mówiła, że od dawna pracuje na wielkiej krze! Wyjechał, kiedy byłem malutki, więc nawet go nie pamiętam. Ale zawsze przysyła prezenty na moje urodziny i na Nowy Rok. I w ten Nowy Rok rano znajdę pod poduszką jego podarek. Bo Mikołaj chowa tam prezenty od taty.
Zamurowało mnie, przypomniawszy sobie własne dzieciństwo i ojca polarnika.
Więc wszystkie mamy wysyłają ojców łobuzów na Biegun Północny?
A ja stałem się jednym z nich.
Zdrętwiałem, jakby los wbił mi nóż w serce.
Przypomniałem sobie krótki, burzliwy romans z Dorotą…
Przy rozstaniu wymieniliśmy się telefonami. Ale zaraz po powrocie nie zadzwoniłem, a kilka dni później straciłem komórkę.
Wspominałem ją czasem, lecz studia, nowe koleżanki i znajomi zepchnęły ją z pamięci…
A ona, jak się okazało, mieszka w tym samym Krakowie. Nie tylko mnie nie zapomniała, ale samotnie wychowuje syna i z moim zdjęciem przy swoim.
Już miałem powiedzieć Tomkowi, że jestem jego ojcem…
Ale wtem otwarły się drzwi i weszła Dorota:
Synku, przepraszam, że tak długo. Babci Zofii trzeba było wezwać karetkę i zawieźć ją do szpitala.
Gdy mnie zobaczyła, zawołała zdziwiona:
Ojej, a my nie zamawialiśmy Mikołaja!
Z moich oczu pociekły łzy radości. Zerwałem czapkę razem z brodą, odlepiłem białe brwi…
Tomek?! wyjąkała Dorota.
Usiadła na pufie w przedpokoju i zaczęła płakać tak głośno, że nawet nasz syn przestraszył się trochę.
Ale gdy spojrzała na Tomka, od razu się uspokoiła.
Powiedziałem Tomkowi, że zjechałem z Północy i zostałem Mikołajem, by zrobić niespodziankę dla niego i mamy.
Tomek był przeszczęśliwy śmiał się, śpiewał, recytował wiersze, trzymając nas za ręce, jakby bał się, że znowu odlecę daleko.
O prezencie nawet nie pamiętał przecież Mikołaj schowa prezent taty pod poduszką.
Tomek zasnął, a my z Dorotą rozmawialiśmy do rana, jakby nie było wieloletniej rozłąki.
Rano pobiegłem po jeszcze jeden prezent do sklepu i dopiero wtedy odkryłem pomyłkę… wszedłem do domu nr 6A zamiast do 6. W nocy tej literki A nie zauważyłem i wszedłem nie tam, gdzie miałem.
A jednak… wszedłem tam, gdzie trzeba do najważniejszego dla mnie domu!
To szczęśliwy, przeznaczony przypadek, myślałem z uśmiechem.
Teraz jesteśmy we trójkę! Jesteśmy bardzo szczęśliwi!
A mama i babcia nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnukiem Tomkiem Tomaszewiczem!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście − osiem =

Szczęśliwy zbieg okoliczności… Wychowywałem się w niepełnej rodzinie, bez ojca – tylko z mamą i ba…