Stanęła przede mną mała dziewczynka, która prosiła o trochę jedzenia. Musiałam jej pomóc!

Mam na imię Weronika. Zaraz po studiach rozpoczęłam pracę w bibliotece, kochałam to zajęcie. Moje życie toczyło się swoim torem, bez większych zwrotów akcji. Lata leciały, nie założyłam rodziny. Powoli moje życie zaczęło mnie nudzić i przestałam widzieć sens w tym co robię. Żyłam z dnia na dzień bez planów na przyszłość. Zamnięto moją ukochaną bibliotekę i zostałam bez środków do życia, więc musiałam poszukać czegoś innego. Zatrudniłam się jako pomoc kucharza w pobliskiej restauracji.

Zadzwonił budzik, a ja z trudem zmusiłam się aby wstać z łóżka, do pracy miałam na szóstą rano. Mieszkałam w centrum miasta, więc do pracy miałam zalednie kilka minut drogi pieszo. Było lato, więc jak co dzień miałam obsługiwać gości na dolnym tarasie, na świeżym powietrzu. Zanim otworzyłam restaurację, zaczęłam wycierać stoliki i krzesła, nucąc sobie pod nosem ulubioną melodię. Nagle dobiegł mnie głos dziecka. Zdziwiłam się bo do otwarcia zostało ponad pół godziny i nie spodziewałam się usłyszeć nikogo o tak wczesnej porze.

Zobaczyłam przed sobą małą dziewczynkę w wieku około pięciu lat, była zupełnie sama. Rozejrzałam się, ale nigdzie nie widziałam jej opiekuna.
– Jak masz na imię i co tutaj robisz sama, tak wczesnym rankiem? – zapytałam.
– Jestem Beatka i wyszłam na spacer, poszukać jedzenia dla mnie i mojego brata. Nasza lodówka jest pusta, a my jesteśmy głodni. Ciociu masz kawałek szyneczki albo serka? – zapytało dziecko, a ja stałam zdezorientowana z otwartymi ustami.

Przyjrzałam się małej, miała na sobie piżamkę. Była bardzo szczupła, miała włosy w nieładzie i brudne rączki.
– Oczywiście, że mam. Siadaj, poszukam czegoś w kuchni. Gdzie jest Twój brat? Daleko mieszkacie?
– Mój braciszek jest w domu z babcią. Mieszkamy blisko, tuż za rogiem – odparła dziewczynka, nieśmiało się uśmiechając.

Wtedy nie zapytałam dlaczego jest sama, ani gdzie są jej rodzice. Nie musiałam długo czekać, a dziecko samo zaczęło wyjaśniać sytuację.
– Naszych rodziców już dawno z nami nie ma, nie wiem gdzie są. Babunia jest kochana, ale już bardzo stara. Zapomina o wszystkim, nawet o mnie i o moim braciszku – powiedziała smutno Beatka.

Nie wiedziałam co powiedzieć, zaparło mi dech, a w moich oczach pojawiły się łzy.
– Ciociu nie gniewaj się, że przyszłam. Nie mam pieniążków, a jesteśmy głodni. Daj mi troszkę chleba, a ja zaniosę go babci i bratu – stwierdziła dziewczynka.
– Wiesz co Beatko, wezmę trochę jedzenia i odprowadzę Cię do domu, dobrze? – odparłam.
Zadzwoniłam do swojego szefa, że źle się czuję i nie będzie mnie tego dnia w pracy. Wzięłam chleb, masło, jajka, ser i szynkę i ruszyłam za Beatką do jej domu.

Dziewczynka miała swój własny klucz. Weszłyśmy do środka i zobaczyłam półtorarocznego chłopca, który raczkował po podłodze radośnie gaworząc. Na łóżku leżała stara kobieta, która nawet nie zauważyła, co się dzieje. Była w ciężkim stanie, na pewno jej zdrowie nie pozwalało na to, aby opiekować się tak małymi dziećmi.

Byłam w totalnym szoku, nie pojmowałam jak schorowana babcia i dwoje małych dzieci radzą sobie na co dzień.
Zadzwoniłam po karetkę. Ratownicy przyjechali zabrać babcię do szpitala, ale po ich minach było widać, ze raczej nie na długo. Nie mogłam zostawić Beatkii i jej brata samych w domu, więc zabrałam ich do siebie.

Babcia zmarła w szpitalu dziesięć dni później i było wiadomo, że dzieci trafią do domu dziecka. Serce mi się krajało na samą myśl. Beatka była uroczą dziewczynką, a jej brat Szymon kochanym, radosnym brzdącem. Wnosili wiele ciepła i szczęścia do mojej szarej codzienności, nie chciałam się z nimi rozstawać. Wiedziałam, że w domu dziecka będą z zupełnie obcymi ludźmi, a przy adopcji mogą zostać rozdzieleni. Po nieprzespanej nocy pełnej rozmyślań postanowiłam, że chcę zostać prawnym opiekunem rodzeństwa.

Zrezygnowałam z pracy pomocnika kucharza i przyjęłam posadę w firmie mojego przyjaciela, na stanowisku księgowej. Przyjaciółka pomogła mi w załatwieniu wszelkich formalności związanych z opieką nad dziećmi i już po kilku tygodniach maluchy mogły legalnie ze mną zamieszkać.

Kto by pomyślał, że niepozorna praca w restauracji obróci moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Mam dwójkę dzieci i pracę, którą uwielbiam. Podjęłam wyzwanie, które rzucił mi los, i znowu czuję się spełnioną i szczęśliwą osobą.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 + 15 =

Stanęła przede mną mała dziewczynka, która prosiła o trochę jedzenia. Musiałam jej pomóc!