Nazywam się Mirek i pochodzę z miejscowości Czyże – to wieś. Jestem oburzony tym, co widzę na własne oczy.
Nasza wieś była duża i piękna, mieliśmy szkołę, świetlicę, cukiernię, karczmę i dwa sklepy. Mieszkało tutaj ponad tysiąc osób, zarówno tych młodych i starszych, a teraz zostało nas około 200 starców, jak to się mówi – „na śmierć”.
Od kilku lat szkoła jest zamknięta, nie ma już cukierni, pijemy kawę w sklepie spożywczym, gdzie w rogu postawili trzy stoły. Pewnego dnia spotkałem kobietę z górnej części wsi. Zaczęła narzekać, że jej dzieci przeprowadziły się do Warszawy, ale płacą tam dużo za wynajem, syn jest bezrobotny, więc jedną pensją synowej trudno im cokolwiek opłacić.
Mają trzypiętrowy dom na wsi, dużą działkę i sporo ziemi, ale są zbyt leniwi, by ją uprawiać. Porzucili wszystko i uciekli do miasta, szukając większych możliwości. I jakie to możliwości? Zastanawianie się, czy kupić dwa czy trzy jajka?
Usiadłam przed świętym obrazem od babci i tak długo się modliłam, aż w moim życiu wydarzył się cud!
Nasze emerytury nie są duże, pieniędzy nie mamy, ale niczego nam nie brakuje. Z żoną przygotowaliśmy przetwory na dwie mroźne zimy, mamy kury, hodujemy świnie. Piwnica jest pełna drewna, które jest porąbane i gotowe do użycia – wystarczy włożyć do pieca. Mamy zabezpieczone ziemniaki, cebulę i mięso.
Tak, pracy jest dużo, od rana do wieczora, ale nam to nie przeszkadza. A to, że Polacy są pracowici to już legenda przeszłości. Młodzi ludzie już tacy nie są! Mówię to z bólem, bo nie dotyczy to tylko cudzych dzieci. Nasze też się rozproszyły po kraju – córka wyjechała z rodziną za granicę i od trzech lat wracają tylko na kilka dni. Syn został starym kawalerem, latem pracuje nad morzem, a całą zimę leży, pali i pije wino mojej roboty, przy którym nawet nie pomógł.
Czy to jest życie dla człowieka w wieku 37 lat?
Myślę, że wkrótce będzie tylko gorzej, bo na własne życzenie porzuciliśmy ziemię, która nas żywi, a przecież jedzenie nie spada z nieba.



