Usiadłam przed świętym obrazem od babci i tak długo się modliłam, aż w moim życiu wydarzył się cud!

Usiadłam przed świętym obrazem od babci i tak długo się modliłam się, aż w moim życiu wydarzył się cud!

Nie wiem, czy w Boże Narodzenie i Nowy Rok zdarzają się cuda. Zawsze myślałam, że człowiek sam jest odpowiedzialny za swój los, ale u mnie wszystko się strasznie popsuło, zanim nawet dobrze zaczęło w pełni układać…

Nigdy nie zapomnę wieczoru sylwestrowego 1992 roku. Czułam, że przekroczyłam granice swoich sił i nadziei. Siedziałam, rękami obejmując kolana, celowo wyłączyłam telewizor, a jedynym źródłem światła były świąteczne lampki na choince. Moja kolacja składała się z chleba, sera i kilku oliwek, ale nawet ich nie tknęłam. Prawie nic nie jadłam, po prostu nie miałam siły ani ochoty. Tylko myśl, że muszę być w stanie dbać o mojego syna, zmuszała mnie do zwracania uwagi na siebie od czasu do czasu…

Jestem sierotą. Wychowali mnie dziadkowie, rodzice mojej matki. Dziadek zmarł, gdy miałam 10 lat. Ani mi, ani babci nie było łatwo. Mimo wszystko, skończyłam szkołę średnią i wyjechałam na studia do Wrocławia, gdzie poznałam Borysa i w nim się zakochałam. On miał 39 lat. Był żonaty, miał dwoje dzieci. Nasze relacje trwały prawie 3 lata bez większych zmian dopóki nie zaszłam w ciążę. Wiedziałam, że nie mam prawa niczego od niego żądać, a jego życzeniem było, żebym dokonała aborcji…

Nie mogłam usunąć dziecka, po prostu nie mogłam. Nie miałam już nikogo, babcia zmarła prawie dwa lata wcześniej. Postanowiłam wychować dziecko sama. Dwa lata po narodzinach Grzegorza przeszłam przez istne piekło. Czułam się wrakiem człowieka – zawsze niewyspana i niedojedzona, zapomniałam już, czym jest uśmiech. Nie miałam żadnego czasu dla siebie, ledwo łączyłam pracę z opieką nad dzieckiem.

Tamtej nocy, siedząc przy choince, czułam, że coś we mnie pęka. Patrzyłam na śpiącego synka i, szczerze mówiąc, bałam się, że nie dam rady go wychować… Kiedy popijałam czerwone wino spojrzałam na święty obrazek, który został mi po babci, i powiedziałam: „Wybacz mi, Boże, nie mam już siły na tę nieustanną walkę. Zostawiam mój los w Twoich rękach, niech się dzieje, co chce ze mną, tylko proszę, zaopiekuj się moim chłopcem”. Zwinęłam się w łóżku obok Grzesia, przytuliłam go i zasnęłam…

Dwa tygodnie później zredukowano moje stanowisko i zostałam bez pracy. Jakby tego było mało, później poślizgnęłam się na lodzie i złamałam rękę. Już wtedy byłam gotowa ogłosić 1992 rok najczarniejszym rokiem mojego życia… Po zdjęciu gipsu musiałam chodzić na rehabilitację, żeby odzyskać sprawność i siłę w ręce. I właśnie tam, w szpitalu, spotkałam Elizę. Była na wózku inwalidzkim i czekała ją długa rehabilitacja, żeby mogła znowu chodzić. Ucierpiała poważnie w wypadku samochodowym. Nigdy nie zapomnę, jak rozświetlała salę, kiedy się pojawiała – zawsze uśmiechnięta, zawsze w dobrym nastroju i z niesamowitym poczuciem humoru. Pamiętam, jak mój mały Grzesiu, którego musiałam zabierać na zabiegi, był wręcz nią oczarowany.

Niespodziewany prezent! Holenderka zapisała dom Polce w spadku

Tadek, mąż Elizy, zaproponował mi pracę, która miała polegać na tym, abym pomagała jego żonie w codziennych obowiązkach. Tak zyskałam dwoje wspaniałych przyjaciół, którzy do dziś są jednymi z najdroższych mi osób. Po prawie roku Eliza mogła już chodzić samodzielnie i radziła sobie bez pomocy, a ja znów musiałam znaleźć pracę. „Co powiesz na to, żebyśmy same zostały sobie szefami?”, zapytała mnie pewnego dnia Eliza.

Ona również potrzebowała zajęcia, zbyt długo nudziła się w domu. Rozważałyśmy różne opcje i zdecydowałyśmy się założyć firmę zajmującą się organizacją wydarzeń. Nie było to łatwe i minęło kilka miesięcy, zanim zaczęłyśmy zarabiać i utrzymywać się z naszego przedsięwzięcia. Przełomowym wydarzeniem w naszej karierze jako bizneswoman z Elizą było zorganizowanie naszego pierwszego wesela na zlecenie. Gości było ponad 300, wydarzenie było ogromne, a my wykazałyśmy się dużą wyobraźnią i ciężką pracą. Z pewnością nigdy nie zapomnę tego wesela… ale po kolei.

Postanowiłyśmy zrobić próbę wydarzenia, ponieważ nie chciałyśmy, żeby w dniu ślubu klientów były jakieś nieścisłości. Przybyli przyszli małżonkowie z rodzicami i świadkami. Zaczęliśmy próbę, a świadek ciągle czegoś nie rozumiał i ciągle mnie o coś pytał. Ledwo powstrzymywałam się, żeby nie zrobić mu uwagi, tak dziwne były niektóre z jego pytań!

Niby był adwokatem, sprawiał wrażenie bardzo towarzyskiego, wręcz bezczelnego, a zachowywał się tak nieadekwatnie… Dopóki nie zaprosił mnie na kolację – żeby omówić niby szczegóły dotyczące wesela. Wtedy zaczęłam rozumieć, o co chodzi…

Może już się domyślacie, że po tamtym ślubie, dwa lata później, odbyło się inne niezapomniane wesele. Wyszłam za tamtego świadka… I oprócz Grzesia mam jeszcze dwoje dzieci – też chłopców, Damianka i Władka. Tak, jakby cudem, dzięki złamanej ręce, nie mam już samotnych i smutnych wieczorów, a w święta są ze mną moi ukochani mężczyźni i przyjaciele.

Oczywiście, nadal przechowuję święty obrazek od babci i co wieczór patrzę na niego, dziękując Bogu za wszystkie wspaniałe rzeczy, które wydarzyły się w moim życiu. Jest za co, prawda? Choć Bóg nie spełnił mojego wielkiego marzenia o córce. No cóż, przynajmniej nie w sposób, o którym marzyłam. Prawda jest taka, że nie mam córki, ale od dwóch miesięcy mam cudowną wnuczkę, nazwaną na moje imię – Natalia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × 5 =

Usiadłam przed świętym obrazem od babci i tak długo się modliłam, aż w moim życiu wydarzył się cud!