Rzeka nie oddaje długów Wisły

Krystyna Osiadła siedziała na betonowym nabrzeżu w Płocku i patrzyła, jak nurkowie znikają pod powierzchnią po raz trzeci tego dnia. Woda w Wiśle była tej jesieni brudna jak kawa z fusami — po ulewach z września niosła muł, gałęzie, wszystko, co rzeka zbiera po drodze z gór. Widoczność pod wodą nie sięgała nawet pół metra. Nurkowie schodzili na oślep, macając dno rękami, a ona, kynolog straży pożarnej z dwudziestoletnim stażem, stała bez zajęcia i przekręcała w palcach smycz Rexa, raz po raz nawijając ją na dłoń i rozwijając z powrotem.

Jej pies, owczarek Rex, potrafił znaleźć człowieka w lesie, w gruzach, pod śniegiem. Ale pod wodą pies nie zejdzie. A tam, dwa dni wcześniej, zniknął dwudziestotrzyletni Bartek Nowicki — wypadł z łódki podczas nocnego połowu, kolega zdążył krzyknąć, zanim prąd go zniósł.

Rodzina czekała na brzegu. Matka Bartka, pani Halina, w za dużej męskiej kurtce naciągniętej na sweter, przynosiła nurkom zielony termos marki Zwiezda kupiony jeszcze za komuny i za każdym razem pytała to samo:

— No i co, jest coś?

Krystyna nie umiała już na to odpowiadać. Kiwała tylko głową w bok, w stronę wody, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić.

Było już koło szesnastej, kiedy przyjechał transporter z Wrocławia. Z klatki wyskoczyło coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak wydra — bo to była wydra, tylko azjatycka, bezpazurna, wielkości dużego kota, o imieniu Fasolka. Przywiózł ją Marek Studziński, treser, który od trzech lat uczył ją pracować z ekipami wodno-ratowniczymi.

— Ona nie szuka ciała — wyjaśnił Krystynie, zapinając na Fasolce uprząż z pływakiem sygnalizacyjnym. — Ona szuka zapachu, który wychodzi bąbelkami na powierzchnię. Nos ma jak nikt. Tam, gdzie wy widzicie tylko błoto, ona czuje ślad.

Krystyna patrzyła na to zwierzę z niedowierzaniem. Miała za sobą setki akcji, wierzyła w psy, w sprzęt sonarowy, w ludzkie doświadczenie — nie w futrzaną kulkę z Florydy, bo tak jej powiedziano, że Fasolka była tam trenowana, zanim trafiła do Polski.

Marek spuścił ją na wodę przy filarze starego mostu. Fasolka zanurkowała, wypłynęła, zanurkowała znowu — krążyła w promieniu kilkunastu metrów, węsząc coś, czego ludzie nie mogli wyczuć. Po dwudziestu minutach zaczęła kręcić się w jednym miejscu, tuż przy zatopionej barce, i piszczała, uderzając łapkami o wodę.

— To jest to — powiedział Marek. — Ona nie myli się, kiedy tak robi.

Nurkowie zeszli dokładnie w tym miejscu. Nic. Krystyna zacisnęła palce na smyczy tak mocno, że skórzany pasek wbił jej się w dłoń — przez chwilę naprawdę uwierzyła, że będzie inaczej, że ten dziwny eksperyment coś da, a teraz stała na nabrzeżu i patrzyła, jak pani Halina znowu podchodzi z termosem, znowu pyta to samo.

Ale Marek nie odwoływał psa… wydry. Poprosił, żeby nurkowie sprawdzili nie samo miejsce wskazane przez Fasolkę, lecz obszar pod prądem, kilkanaście metrów dalej — bo bąbelki z zapachem niesie nurt, a nie idą prosto w dół.

— Ona wskazuje źródło zapachu na powierzchni. Ciało jest tam, skąd ten zapach przypłynął, czyli pod prąd od miejsca, gdzie ona krąży.

Krystyna miała już dość teorii. Ale to była trzecia doba, a rodzina nie miała nic innego do stracenia. Kazała nurkom przesunąć się dwadzieścia metrów w górę rzeki, tam gdzie prąd był silniejszy, przy starym nabrzeżu przeładunkowym.

Znaleźli go za jedenaście minut.

Pani Halina nie krzyknęła. Postawiła termos na betonie tak ostrożnie, jakby się bała, że coś rozleje, i patrzyła, jak wyciągają jej syna na brzeg. Powiedziała tylko, cicho, do nikogo konkretnie:

— To już koniec czekania, tak?

Krystyna nie odpowiedziała. Odwróciła się w stronę koca, na którym Fasolka otrzepywała się z wody i zajadała kawałek ryby, zupełnie obojętna na to, co się przed chwilą działo dwadzieścia metrów dalej — dla niej to była praca, koniec zabawy, nagroda.

— Ile razy już tak było? — zapytała Marka.

— To jej dwudziesta trzecia akcja. Piąte odnalezienie.

Krystyna wróciła do samochodu, wyjęła notes służbowy, w którym od dwudziestu lat zapisywała przebieg każdej akcji — nazwiska, godziny, warunki pogodowe. Otworzyła nową stronę i po raz pierwszy w rubryce "jednostka pomocnicza" napisała nie imię psa, tylko: Fasolka, wydra bezpazurna, przewodnik Marek Studziński, Wrocław.

Zatrzasnęła notes i spojrzała jeszcze raz w stronę koca. Fasolka kończyła rybę, oblizując łapki, jakby dwadzieścia metrów dalej nic się nie wydarzyło.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × trzy =

Rzeka nie oddaje długów Wisły