Niedawno doszło do nieprzyjemnej sytuacji między mną a z moim synem, po której do tej pory nie wiem, czy postąpiłam słusznie.
Sebastian jest moim jedynym synem. Urodziłam go dość późno, bo w wieku 37 lat, a mąż wówczas był już po 40. Naprawdę staraliśmy się, aby mu niczego nie brakowało, a kiedy po szkole średniej nie dostał się na studia dzienne, opłaciliśmy mu zaoczne. Wynajęliśmy mu nawet mieszkanie w pobliżu uniwersytetu, mając nadzieję, że niebawem sam znajdzie jakąś pracę, chociażby i na pół etatu, jednocześnie trochę nas odciążając finansowo.
On jednak nie spieszył się z jej poszukiwaniem. Opłacaliśmy mu mieszkanie, przesyłaliśmy pieniądze na studia i jedzenie, więc nic go w zasadzie nie zmuszało i nie motywowało do rozpoczęcia pracy. Nas ostatnio odwiedza tylko wtedy, gdy brakuje mu już pieniędzy albo potrzebuje czegoś innego.
Ostatnio syn poprosił nas o 600 złotych na nową kurtkę. Miałam pieniądze, ale od dawna chciałam kupić sobie nowe buty, bo już piątą zimę chodzę w tych samych. Poza tym chciał strasznie drogą kurtkę, skoro potrzebował aż tyle. Poprosiłam go wtedy o pomoc w ogródku, a on odmówił i ciągle nalegał na to, bym dała mu pieniądze.
Wtedy zdałam sobie sprawę, że syn ma już 22 lat i ciągle nie potrafi sam o siebie zadbać, a o pomocy rodzicom to już w ogóle nie wspomnę. Byłam także mocno urażona tym, że ciągle mówi o pieniądzach i traktuje nas jak bankomat. Powiedziałam mu wtedy, że jeśli zamierza przychodzić tylko, kiedy ma jakiś interes i nie zacznie nam pomagać, to może w ogóle już nie przychodzić. Odszedł obrażony, a teraz ja sama mam wyrzuty sumienia i zastanawiam się, czy nie przesadziłam.

