Postanowiliśmy z mężem zrobić remont w naszym mieszkaniu. Najpierw zaplanowaliśmy sobie, co chcemy zrobić, a potem zabraliśmy się do pracy.
W trakcie remontu wszyscy dookoła starali się nam coś doradzić, dorzucić swoje pomysły. Niektóre z nich faktycznie wzięliśmy pod uwagę. Poza tym uznałam, że trzeba zrobić przy okazji generalne porządki, więc przeglądałam to, co mamy i część starych rzeczy po prostu wyrzucałam, by zastąpić je nowymi. Mężowi jednak się to nie spodobało.
Okazało się, że to, co ja uważam za stare i niepotrzebne rzeczy, on uważa za potrzebne i ważne. Oskarżył mnie też o to, że wyrzucam tylko jego rzeczy, albo te, które on kupił, a swoich nie ruszam.
Myślałam, że żartuje, ale po tym, jak wyrzuciłam satry mikser, a on przytargał go z powrotem do domu i do tego w ramach zemsty wyrzucił jednego mojego buta przez okno, zobaczyłam, że to jednak nie żart.
Wtedy zaczęły się nasze przepychanki i jak dzieci zaczęliśmy sobie wypominać, co kto kupił, albo co do kogo należało.
Doszło do tego, że podzieliliśmy mieszkanie na pół i w jednym pokoju składowaliśmy rzeczy należące bądź zakupione przeze mnie, a w drugim do męża. Kuchnia i łazienka z kolei były w remontowej rozsypce, więc w mieszkaniu panował totalny chaos.
W przypływie złości wypomniałam nawet mężowi, że to ja więcej dołożyłam do zakupu mieszkania, co niezwykle obraziło męża. Wtedy też zabrał swoje rzeczy i wyjechał do matki, jednocześnie na odchodne mówiąc, że to koniec i chce rozwodu.
Teraz zostałam sama w mieszkaniu, w którym na wpół panuje remont i ogromny bałagan. Nie rozumiem, jak takie głupstwo mogło aż tak ewoluować i zniszczyć nasz związek.

