Mam ciężkie życie! Czy naprawdę nie zasługuję na szczęście?
Miałam 18 lat, kiedy pewien znajomy mojego ojca zwabił mnie do swojego domu i zniszczył mi przyszłość. Zyskałam reputację puszczalskiej mimo, że to on mnie skrzywdził. Rodzice próbowali go pozwać, ale miał znajomości w policji i dzięki swoim kontaktom i znajomościom uniknął sprawy sądowej i więzienia.
Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, rodzice chcieli ponownie wnieść sprawę do sądu, tym razem o ojcostwo i zasądzenie alimentów, ale tym razem to ja im na to nie pozwoliłam. Nie chciałam, aby ten człowiek miał cokolwiek wspólnego z moim dzieckiem, a było jasne, że i tak nie będę mogła na niego liczyć. Był po prostu śmieciem i tyle.
Aby mnie ocalić od poniżania przez otoczenie i wrednych, ludzkich języków, rodzice wysłali mnie do swoich krewnych na drugi koniec Polski, gdzie urodziłam syna. Do jego trzeciego roku życia opiekowałam się nim sama, a potem wróciłam do rodzinnego miasta mówiąc, że wyszłam za mąż i rozwiodłam się.
W międzyczasie jednak mój ojciec zmarł, brat umieścił matkę w domu starców i przejął dom. Bezczelnie powiedział mi w twarz, że nic mi nie da, ponieważ kobieta taka jak ja, która nieustannie szuka przygód, powinna radzić sobie sama w życiu. Innymi słowy zasugerował mi, że moją przyszłością jest… prostytucja, bo inaczej umrę z głodu. Z dzieckiem na rękach musiałam więc szukać jakiegoś wyjścia z tej sytuacji.
Zaczęłam sprzątać domy, pomagać przy weselach, myć naczynia w dużych restauracjach. Ledwo wiązałam koniec z końcem.
Wtedy jedna z moich znajomych doradziła mi, żebym wyjechała za granicę, gdzie za tę samą pracę można zarobić znacznie więcej pieniędzy. Zdecydowałam się na to tym bardziej, że pociągała mnie też myśl o rozpoczęciu nowego życia wśród ludzi, którzy nic o mnie nie wiedzą. Przez agencję pracy wyjechałam do Włoch.
Znalazłam pracę w małym hotelu, w którym mieszkali także właściciele. Byli sprytni i zaczęli mnie szantażować, żebym pracowała więcej za te same pieniądze pieniędzy, bo inaczej policzą mi za mieszkanie u nich. Tylko ja wiem, jak przez te wszystkie lata ciężko żyłam – prawie bez snu i odpoczynku.
Jestem żonaty, mam małe dziecko, ale kocham dziewczynę młodszą ode mnie o 20 lat…
Właścicielka pilnowała, żebym nie miała ani chwili przerwy i ciągle przypominała mi, że opiekują się moim dzieckiem i dają mi dach nad głową. Kiedy syn był chory, musiałam kilka razy dziennie biegać do swojego pokoju, żeby go nakarmić, podać leki i się nim zająć.
Mój syn podrósł i zaczął mi pomagać, a oni zrobili sobie z niego drugiego, już bezpłatnego pracownika. Dla Dawidka postanowiłam jednak uciec z tej pracy i od tych ludzi. Raz na kilka miesięcy błagałam o pozwolenie na wyjazd do pobliskiego miasta, gdzie była jedna kawiarnia, w której spotykali się regularnie Polacy mieszkający w tej części Włoch.
Tam poznałam Roberta. Powiedział, że odwiedza kuzyna i szuka pracy, ale niczego odpowiedniego jeszcze nie znalazł. Był bardzo hojny – zapraszał mnie do restauracji, woził swoim samochodem, opowiadał, że takich kobiet jak ja już nie ma – pracowitych, uczciwych, dobrych. Zakochałam się w nim mimo, że kiedy miałam wolne, to i tak czułam się jak więzień na przepustce. Pierwszy raz, kiedy doszło między nami do zbliżenia płakałam, bo od dawna żaden mężczyzna mnie nie dotykał i… eksplodowałam już podczas pieszczot.
Z Robertem zaczęliśmy planować wspólne życie. Powiedziałam mu, że mam trochę oszczędności – trzymałam je dla syna, bo każdej jesieni wysyłałam go do szkoły z internatem, gdzie się nim opiekowali i zapewniali dobrą edukację.
Robert namówił mnie, żebym dała mu te pieniądze na rozpoczęcie biznesu, który szybko przyniesie nam zyski. Malował przede mną piękne wizje – mówił, że wynajmiemy domek nad morzem, ja rzucę pracę i będziemy szczęśliwi. Wziął moje oszczędności i więcej go już nie widziałam.
Nie chodzi mi o te pieniądze, można je zarobić, ale to mnie psychicznie zniszczyło. Dlaczego to zawsze mi się przytrafia? Czy naprawdę nie zasługuję w tym życiu na odrobinę radości?



