Słuchaj, muszę Ci się wygadać… Ostatnio przeszłam na emeryturę i mam wrażenie, że dopadła mnie całkowita samotność. Tak naprawdę dopiero na starość zrozumiałam, że chyba trochę źle przeżyłam swoje życie.
Wiesz, wiele kobiet uważa, że samotność to coś strasznego, a szczęście to wielka rodzina, pełno dzieci, dużo problemów, codziennych stresów. Ja kiedyś myślałam zupełnie inaczej. Całe życie byłam dla siebie nikt niczego ode mnie nie żądał, żadnych zobowiązań, żadnej odpowiedzialności.
Po studiach dostałam fajną pracę w dużym biurze podróży, które organizowało zagraniczne wycieczki. Przez jakiś czas dorabiałam sobie nawet jako modelka dla znanej marki odzieżowej. Trochę tego grosza zdołałam odłożyć, jeździłam po świecie. Moje koleżanki też były takie zaradne sukces, pieniądze, podróże.
Wyobraź sobie, uważałam się za bogatą kobietę, świat stał przede mną otworem. Spotykałam ciekawych facetów, różnie bywało, jak już mi się któryś znudził albo przestawało mi zależeć odchodziłam. W ogóle nie myślałam wtedy o dzieciach. Żeby jeszcze po pracy martwić się pieluchami? Przecież miałabym się zamienić z eleganckiej, zadbanej kobiety na przestraszoną mamę, która panikuje, kiedy dziecko kichnie? Bałam się odpowiedzialności jak ognia.
Czas leci nieubłaganie. Jestem na tej emeryturze i naprawdę czuję się samotna. Nie wyszłam za mąż, nie mam dzieci. Tak, teraz żałuję, że nawet jednego dziecka nie mam. Na początku mi się nie chciało, potem nie miałam czasu No a później było już zwyczajnie za późno. Nigdy nie widziałam macierzyństwa jako szczęścia.
Moja siostra Ania ma dwójkę dzieci i już trójkę wnuków. Zawsze byłam taka zarozumiała, nie chciałam nikogo słuchać. Teraz aż marzę, żeby zmienić coś w swoim życiu: pogodzić się z rodziną, pobyć trochę z siostrzeńcami, pójść z wnukami na lody. Zastanawiam się też, czy nie spróbować poznać kogoś, kto też czuje się samotny, stworzyć taką małą rodzinę może jeszcze kiedyś się uda?