Do szesnastego roku życia mieszkałam w bardzo małym miasteczku, w którym mieszkało zaledwie 17 000 mieszkańców. Tam wszystko było dla mnie jasne, łatwe, znałam każdą ścieżkę, każdą drogę i wiedziałam, gdzie wszystko jest. Po mieście kursowały tylko cztery autobusy, a ich trasy znałem na wylot. Wśród głównych atrakcji, jakie mieliśmy w mieście, był dziesięciopiętrowy budynek w centrum miasta, po którym często chodziliśmy z przyjaciółmi. Szczególnie lubiliśmy spędzać czas na dachu pięciopiętrowego budynku. Potem wszystko się zmieniło, bo z rodziną przeprowadziliśmy się do Warszawy.
Na początku wszędzie się gubiłam, nie wiedziałam, dokąd prowadzą linie metra, a dokąd autobusy. A obok mieszkania, w którym mieszkaliśmy, było lotnisko. Na początku, gdy samoloty wzbijały się w niebo lub lądowały, wzdrygałam się od hałasu i wibracji, ale potem się przyzwyczaiłam. Podziemne przejścia były dla mnie wręcz czymś przerażającym. Tutaj było mnóstwo sklepów, bazarów i targowisk, między którymi nierzadko także się gubiłam. W szkole, kiedy dowiedzieli się, skąd przyjechaliśmy, wyzywali nas od „wieśniaków”. Nierzadko chciało mi się płakać z bezsilności, ale po jakimś czasie zaczęłam się odnajdywać nieco lepiej w tym miejscu.
Kobiety, przestańcie wtrącać się w życie innych!
Minęło 17 lat odkąd opuściłam rodzinne miasto. Nie sądziłam nawet wtedy, że pokocham duże miasto takie jak to. Oczywiście w pierwszych dniach nawet nie mogłam sobie tego wyobrazić, ale gdy poznałam lepiej Warszawę, zakochałam się w niej. Któregoś pięknego dnia uświadomiłam sobie, że to wszystko, co kiedyś mnie przerażało, teraz jest dla mnie jasne i logiczne. I na pewno nie wyobrażałam sobie, że za 7 lat będę przemierzać ocean samolotem, aby zamieszkać w nowej metropolii, tylko w innym kraju. I znowu przyzwyczaję się do nowych tras, ludzi, nawyków, pracy.
Nie wiem, czy będę mieć w życiu jakieś nowe miejsce do życia, ale ta pierwsza metropolia na zawsze pozostanie w moim sercu jako moje rodzinne i ukochane miasto.



