Proszek w słoiku po dżemie z Podkowy Leśnej

Nazywam się Hanna Rybicka i jestem farmaceutką w aptece przy rynku, dwadzieścia dwa lata za tą samą ladą. Mieszkam w bloku przy ulicy Brzozowej, a mój sąsiad zza ściany garażowej, pan Tomasz Sowa, jest chemikiem po studiach w Stanach. Wrócił do Polski trzy lata temu, po rozwodzie, i osiadł w tym samym osiedlu domków jednorodzinnych co ja, tyle że on ma garaż, a ja tylko komórkę na rowery.

To właśnie z tego garażu zaczęło się całe zamieszanie, o którym teraz mówi cała klatka, a podobno i lokalna telewizja chce przyjechać.

Pierwszy raz zwróciłam na to uwagę we wrześniu, kiedy wystawiając śmieci usłyszałam u niego jakieś dziwne buczenie, jakby ktoś włączył mikser na kilka godzin non stop. Zapytałam go wtedy przy płocie, co robi, a on tylko machnął ręką i powiedział, że kończy pewien eksperyment, że zaraz zobaczę, że to będzie przełom. Miał na sobie fartuch, ten sam, w którym kiedyś grillował kiełbaski na wspólnym pikniku osiedlowym, tylko teraz był poplamiony na żółto.

Jego syn, Kacper, chodzi do tej samej klasy co mój wnuk, i to właśnie od niego dowiedziałam się więcej — chłopak przyszedł kiedyś na podwórko i powiedział, że tata "robi lek na schizofrenię lepszy niż w aptece, bo mu ChatGPT napisał wzór". Śmiałam się wtedy, myślałam że dzieciak coś pokręcił, bo przecież ja w tej aptece wydaję leki psychiatryczne codziennie i wiem, ile lat trwa, zanim taki preparat w ogóle trafi na półkę.

A jednak parę tygodni później zobaczyłam na własne oczy.

Pan Sowa zaprosił kilku sąsiadów — mnie, panią Basię z parteru i emerytowanego weterynarza z bloku obok — żeby "pokazać coś ważnego". Weszliśmy do garażu, gdzie zamiast samochodu stały dwa składane stoły turystyczne, jakieś kolby, wagi laboratoryjne i notatnik zapisany wzorami. Na środku, na kawałku ręcznika kuchennego w kratkę, stał słoik po dżemie truskawkowym, w którym leżał żółty proszek.

— To PAC-3310 — powiedział, jakby to była nazwa jakiegoś nowego modelu samochodu, nie substancja, którą zamierzał testować na myszach kupionych, jak się później okazało, od hodowcy z Grodziska Mazowieckiego.

Tłumaczył, z tą swoją amerykańską pewnością siebie, że lek ma działać na ten sam receptor muskarynowy M4, co nowy amerykański preparat, ten zatwierdzony niedawno za oceanem, ale że jego wersja ma być, cytuję, "czystsza i tańsza". Że firmy farmaceutyczne wydają miliony złotych i lata na testy, a on zrobił to za koszt reagentów zamówionych przez internet i pół roku wieczorów po pracy zdalnej.

Weterynarz z bloku obok, pan Zenon, zapytał wprost, kto to będzie testował i na jakich zasadach, bo przecież bez komisji bioetycznej, bez kontroli sanepidu, bez żadnej rejestracji to jest zwyczajnie nielegalne i niebezpieczne. Sowa odpowiedział, że na razie testuje na liniach komórkowych zamówionych z jakiegoś laboratorium w Niemczech i na tych trzech myszach w klatce pod oknem, a dopiero potem, jak wyniki będą dobre, pomyśli o czymś więcej.

Pamiętam, że pani Basia zapytała cicho, czy on w ogóle wie, co się stanie, jeśli w tym proszku będzie choć odrobina zanieczyszczenia. Nie odpowiedział wprost — powiedział tylko, że ChatGPT policzył mu strukturę cząsteczki z dokładnością, jakiej nie osiągnąłby żaden student chemii w rok pracy.

Stałam z boku i myślałam o tym, ile razy w aptece tłumaczyłam pacjentom, że nie mogą sami sobie zmieniać dawki neuroleptyku, bo skutki uboczne bywają nieodwracalne — a tu człowiek, który ma dyplom z Harvardu, warzy sobie substancję psychoaktywną w garażu przy Brzozowej, jakby to był domowy wywar na przeziębienie.

Wiadomość rozeszła się po osiedlu szybciej niż plotka o remoncie chodnika. Ktoś nagrał telefonem fragment tej prezentacji i wrzucił do internetu, podpisując "polski naukowiec robi lek na schizofrenię w garażu". W ciągu tygodnia pod blokiem stanął wóz lokalnej telewizji, a na klatce schodowej pojawiła się kartka od administracji, że "prowadzenie działalności laboratoryjnej w pomieszczeniach gospodarczych jest niezgodne z regulaminem wspólnoty".

Sowa się nie przejął. Powiedział mi przy śmietniku, że jak tylko dostanie potwierdzenie wyników na komórkach, wystąpi do jakiegoś funduszu badawczego o grant, bo — jego słowami — "nie będzie czekał, aż korporacja z Warszawy zarobi na jego pomyśle miliard".

Kontrola przyjechała w środę rano, kiedy akurat wracałam z nocnego dyżuru i mijałam jego posesję z torbą pełną zakupów. Dwa samochody — jeden z napisem sanepidu, drugi bez oznaczeń — stanęły w poprzek podjazdu, tak że musiałam się przecisnąć chodnikiem między żywopłotem a maską. Furtka była otwarta na oścież, jakby ktoś wychodził z niej w pośpiechu i zapomniał zamknąć. Widziałam, jak kobieta w białym fartuchu wynosi z garażu kartonowe pudełko, a w nim owinięte folią bąbelkową słoiki — poznałam ten słoik po dżemie, ten sam, tylko teraz oklejony żółtą taśmą z numerem. Za nią mężczyzna niósł klatkę z myszami, przykrytą ręcznikiem, żeby nie było ich widać z ulicy. Sowa stał przy furtce w tym swoim żółtym fartuchu, bez kurtki, mimo że było zimno, i tłumaczył coś urzędnikowi, pokazując wydruk rozmowy z ChatGPT, jakby to był dokument urzędowy. Urzędnik nawet nie spojrzał na kartkę, tylko kiwnął głową w stronę samochodu, żeby pudełka tam wstawić.

Tydzień później zobaczyłam go znowu, tym razem bez fartucha, w zwykłej kurtce, jak wynosił z garażu składane stoły i wkładał je do bagażnika. Zapytałam, co z badaniem. Powiedział, że sprawa trafiła do prokuratury w sprawie nielegalnego wytwarzania substancji o działaniu psychoaktywnym bez zezwolenia, że grozi mu grzywna, może i coś więcej, i że adwokat kazał mu na razie nic nie mówić dziennikarzom.

Garaż stoi teraz pusty, drzwi zamknięte na nową kłódkę, którą kupił w markecie budowlanym przy obwodnicy — widziałam paragon, bo wypadł mu z kieszeni, kiedy wnosił skrzynkę do bagażnika, sto dwadzieścia złotych, taka porządna, wzmocniona. Kacper dalej chodzi do szkoły z moim wnukiem, tylko już nie opowiada o wzorach chemicznych, tylko o tym, że tata szuka teraz pracy w laboratorium przemysłowym w Pruszkowie, bo firma potrzebuje kogoś z jego doświadczeniem, ale na etacie, pod nadzorem, z kontrolą jakości i wszystkimi papierami, jakie tam wymagają.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × dwa =

Proszek w słoiku po dżemie z Podkowy Leśnej