Nie wierzyłam nigdy w zaklęcia miłosne ani w żadne wróżby. Nigdy nie dostrzegałam żadnych nieziemskich znaków ani nie oglądałam programów telewizyjnych na ten temat, więc kiedy moja przyjaciółka przyprowadziła mi jedną taką kobietę do domu, to tylko się śmiałam.
Muszę jedna powiedzieć, po co mi to było potrzebne. Kilka lat temu odszedł ode mnie mąż. Odszedł do innej kobiety, zrywając ze mną jakikolwiek kontakt. Zrobił to bardzo szybko, kategorycznie, wcale nie żałował tych kilku lat, kiedy byliśmy razem. Ja go bardzo kochałam i niesamowicie cierpiałam, więc ten czas był dla mnie ogromnie trudny. Płakałam tygodniami, piłam, potem chodziłam nawet do psychologa. Mimo tego odsunęłam od siebie swoich bliskich i na długo przepadłam w otchłań cierpienia. Nie chciałam nikogo widzieć, słyszeć, nie miałam ochoty na nic.
Nawet gdy przyjaciółki w ramach prezentu urodzinowego podarowały mi bilety do Paryża, mnie to nie cieszyło. Poleciałam, ale nie potrafiłam cieszyć się tym, co mnie otacza. Myślałam tylko o tym, że męża nie ma w pobliżu, a ja za nim tak mocno tęsknię.
Wyrzucałam sobie, że to pewnie przeze mnie odszedł, bo może nie byłam dla niego wystarczająco czuła. Też zarzucałam sobie, że nie dałam mu dziecka, bo gdyby ono było na świecie, to pewnie by nie odszedł. Taki stan trwał prawie 2 lata, a potem uznałam, że zaryzykuję i skorzystam z usług wróżki. Przecież i tak nie mogło być gorzej.
Ta kobieta, która wtedy przyszła do mnie dzięki mojej przyjaciółce prosiła, żeby nie nazywać jej wróżką. Nie wyglądała też jak jakieś szalone medium z horroru czy seriali. Była prostą, piękną i zadbaną młodą damą. Przeprowadziła na mnie rytuał. Nie będę wchodziła w szczegóły tego, jak to się odbywało, ale powiem tylko, że nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia. Po wszystkim żyłam sobie dalej nie myśląc nawet o tym, czy to jakoś na mnie wpłynie. Potem jednak byłam w szoku przebiegiem wydarzeń. Spotkałam byłego w sklepie, nie wyglądał za dobrze: oczy miał zapadłe, był zmęczony i zarośnięty. Gdy mnie tylko zobaczył wyznał, że beze mnie nie może żyć, że cierpi i żałuje, że ode mnie odszedł. Nawet płakał.
Ja, radosna, wzięłam go z powrotem do domu, a teraz… teraz chcę się go pozbyć. To okropne, bo stał się kimś zupełnie innym. Nie wiem, czy to sprawa zaklęcia miłosnego, czy mój mąż się tak po prostu zmienił, ale nie widzę już w nim tego faceta, którego poślubiłam i pokochałam te wiele lat temu. Teraz jest nudny, nie ma własnego zdania, wpatrzony jest we mnie jak w obrazek, aż można zwymiotować przez to, jak mi słodzi. Dla mnie to obrzydliwe i jestem zniesmaczona, a on dusi mnie swoją miłością. Niech jakaś inna kobieta sobie go zabierze, ja go nie chce!



