Sąsiedzi z trzeciego piętra mieli rację, tylko że nikt nie chciał tego przyznać na głos

W czwartek rano wyszłam z mieszkania i od razu poczułam, że coś jest nie tak. Nie chodziło o zapach — klatka śmierdziała tą samą wilgocią i starym tynkiem co zawsze. Nie chodziło też o to, że winda znowu nie działała, bo w kamienicy na Jeżycach w Poznaniu winda nie działała mniej więcej od początku mojego najmu. Coś wisiało w samym powietrzu. Takie napięcie, jakie bywa w tramwaju, kiedy wszyscy patrzą w telefony, ale jeden człowiek za głośno oddycha.

Zszedłszy na dół, zobaczyłam przez szybę w drzwiach wejściowych, że na chodniku przed budynkiem ktoś rozłożył się z pracą. Leżały tam kredy. Nie byle jakie — grube, jaskrawe, te najdroższe z empiku. A nad nimi stała dwójka moich sąsiadów: pani Bożena z siódmego piętra i jej syn, ośmioletni Tymek, który w ręce trzymał zieloną kredę jak młotek.

Wyszłam na zewnątrz i dopiero wtedy zobaczyłam całość.

Ktoś pomalował asfalt przed wejściem na długości dobrych pięciu metrów. Kwiaty, serca, słońce z twarzą, a na samym środku — wielki napis: „Dziękujemy pani Krysi”. Obok narysowano miotłę, wiadro i coś, co miało być kotem, ale wyglądało jak zajączek z za długimi uszami. A nad tym wszystkim stała pani Krysia, nasza dozorczyni, i trzymała w rękach miotłę tak, jakby zapomniała, do czego ona służy.

Pani Krysia jest u nas w kamienicy od jedenastu lat. Znam ją od pierwszego dnia, kiedy wprowadziłam się do tego mieszkania po babci. To kobieta, która potrafi o piątej rano wyjść na klatkę i zeskrobać z parapetu zamarznięte ptasie odchody, bo „nie ma nic gorszego niż widok brudnego okna przy śniadaniu”. Zawsze mówi sąsiadom dzień dobry, nawet temu, który nigdy nie odpowiada. Pamięta imiona wszystkich psów w okolicy, a jak pada deszcz, to zostawia pod schodami starą parasolkę — „gdyby komuś było trzeba”.

I właśnie ta pani Krysia stała teraz nad narysowanym na asfalcie napisem „Dziękujemy” i nie mogła wydusić z siebie ani słowa.

— No, jak to się pani podoba? — zapytała Bożena, matka Tymka. — Sami wymyślili. Tymek, Oliwka spod czternastki i Janek z oficyny. Cały tydzień zbierali kredy.

Pani Krysia pociągnęła nosem.

— A toście mi zrobili. No, ludzie… To ja już nie potrzebuję żadnych kwiatów na Dzień Kobiet.

I wtedy z klatki wyszedł pan Zbyszek.

Pan Zbyszek mieszka na pierwszym piętrze, pracuje w administracji osiedla i ma taką minę, jakby codziennie na śniadanie zjadał raport o nieprawidłowościach w segregacji śmieci. Ma drobny wąsik, okulary w cienkiej oprawce i zwyczaj zatrzymywania się przy każdym ogłoszeniu na klatce po to, żeby poprawić literówki długopisem.

Stanął na progu i przez chwilę mierzył wzrokiem wzór.

— Co to jest? — zapytał, choć doskonale widział, co to jest.

— Dzieci narysowały dla pani Krysi — powiedziała Bożena. — Podziękowanie.

Pan Zbyszek zrobił krok do przodu. Podeszwa jego buta znalazła się dokładnie na różowej kredzie.

— I co, teraz cała klatka będzie to wnosić na butach? — zapytał. — Bo jak ktoś wejdzie w mokre, to potem szare ślady na schodach. Ja rozumiem, że miło, ale od czego jest chodnik? Od chodzenia, nie od malowania.

Bożena skrzyżowała ramiona.

— Pierwszy deszcz zmyje.

— Deszcz zmyje za tydzień, dwa. Do tego czasu kreda rozniesie się po całym parterze. I po samochodach, jak ktoś przez to przejdzie. Można było rysować przy trzepaku, tam nikomu nie przeszkadza. A to jest przestrzeń wspólna. Nie maluje się jej bez uzgodnienia.

Pani Krysia popatrzyła na niego, potem na rysunek, potem znowu na niego. Widać było, że przez jedną sekundę miała ochotę się odezwać. Ale nie powiedziała nic. Tylko poprawiła gumkę od rękawiczki, którą nosiła przy sprzątaniu.

Wtedy z bramy wyszła sąsiadka spod czwórki, starsza pani Halina. Szła o lasce, powoli, a i tak zatrzymała się dokładnie na środku namalowanego serca.

— Ja się tu urodziłam w sześćdziesiątym roku — powiedziała, nie patrząc na nikogo konkretnego. — I pamiętam, jak dzieci po wojnie rysowały węglem po ścianach. Nikt im głowy nie urywał.

— Ja nikomu głowy nie urywam — odparł pan Zbyszek. — Moje buty są czarne od tego różu. To jest zwykłe dbanie o porządek.

I rzeczywiście, na jego lewym bucie widać było smugę. Jakby celowo pomalowano go palcem.

Nie sądziłam, że ta historia będzie miała dalszy ciąg. No bo co może się wydarzyć przy rysunkach na asfalcie? Deszcz spadnie, kreda zniknie, dzieci pójdą rysować gdzie indziej. Tyle.

A jednak.

Wieczorem, gdy wracałam z pracy, zobaczyłam, że rysunki są zamazane. Nie przez deszcz, bo deszczu nie było. Przez coś innego. Ktoś przeszedł przez nie wielokrotnie. Ciągnął po nich czymś ciężkim. Może torbą na kółkach. Może rowerem. W miejscu napisu „Dziękujemy” widniała teraz ciemna, rozmazana plama, która wyglądała jak świeży asfalt, tylko brudniejszy.

A obok, na schodku przed wejściem, siedział Tymek. Nie rysował. Siedział i patrzył na swoje kredy. Jedna z nich, żółta, złamała się na pół.

— Ktoś zepsuł — powiedział, gdy podeszłam.

— Może deszcz? — spróbowałam, chociaż wiedziałam, że to nie deszcz.

— Nie. Pan z pierwszego. On przeszedł z takim wózkiem do zakupów. Specjalnie.

— Tego nie wiesz.

— Wiem. Patrzył na mnie i przeszedł. Trzy razy.

No i zrobiło mi się tak, jak robi się człowiekowi, gdy widzi, że dziecko po raz pierwszy odkrywa, że świat nie zawsze jest sprawiedliwy. Tymek nie płakał. To było gorsze. On po prostu podniósł tę złamaną żółtą kredę i włożył ją z powrotem do pudełka.

Na drugi dzień pani Krysia wyszła przed dom z wiadrem.

O piątej rano, zanim ktokolwiek ruszyłby się do pracy, zmyła cały chodnik. Cała kreda zniknęła. Zarazem kwiaty, serce, słońce, napis. Wszystko spłynęło do ścieku przy krawężniku. Gdy wyszłam z bramy, poczułam tylko zapach mydła i mokrego betonu.

— No i po malowaniu — powiedziała Bożena, która akurat wychodziła z Tymkiem do szkoły. — Nie było sensu robić dramatu. Pan Zbyszek pewnie i tak by napisał skargę do administracji.

Tymek nie patrzył na chodnik. Patrzył w ekran telefonu, chociaż telefon miał wyłączony.

I wtedy zza rogu wyszedł pan Zbyszek. Z tą samą torbą na kółkach. Stanął na czystym chodniku i popatrzył w dół, jakby szukał śladu.

— No — mruknął. — I po krzyku.

Pani Krysia, która zwijała wąż ogrodowy, podniosła głowę.

— Po krzyku to panu się zdaje — powiedziała.

Pan Zbyszek zatrzymał się w pół kroku.

— Słucham?

— Mówię, że pan zrobił więcej bałaganu, niż te dzieci. One zostawiły kredę. Pan zostawił po sobie co innego. Tego deszcz nie zmyje.

Zapadła cisza. Taka, że słychać było, jak w oddali dzwoni tramwaj na Rondzie Kaponiera.

Pan Zbyszek otworzył usta, potem je zamknął. W końcu wyciągnął z kieszeni chusteczkę i przetarł okulary. Może wydawało mu się, że przez zabrudzone szkła nie widzi dobrze.

Potem poszedł w stronę przystanku. Torba turkotała po asfalcie. W miejscu, gdzie wcześniej było słońce, została tylko cienka, szara kreska. Nie kreda. Rysy na betonie od kółek.

Ja też poszłam do pracy. Z tramwaju patrzyłam przez okno na chodnik przed naszą kamienicą. Czysty, mokry, szary. I po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że czysty nie znaczy dobry.

W weekend zrobiło się chłodniej. W nocy z piątku na sobotę spadł deszcz. Pierwszy od dwóch tygodni.

A w niedzielę rano na chodniku przed wejściem leżały kredy.

Tylko że tym razem nikt nie rysował kwiatów. Ani serc. Ani napisów.

Na całej długości, od schodka aż do latarni, ktoś napisał wielkimi literami:

„PROSZĘ NIE DEKOMUNIZOWAĆ DZIECIĘCEJ RADOŚCI. ADMINISTRACJA ZBYSZEK.”

Pod spodem była prośba: „Podejdź i podpisz się pod petycją o nowe kredy dla Tymka, Oliwki i Janka. Zbiórka do środy.”

A poniżej stoły, które ktoś wyniósł z kawiarni na rogu. I kartka z grubego papieru, a na niej dopisane długopisem nazwiska. Niektóre przekreślone, inne podkreślone krzywo.

Pani Krysia stała przy tym stole. W ręce trzymała kubek z herbatą. Obok siedział Tymek i segregował kredy według kolorów. Oliwka i Janek dokładali do pudełka nowe, kupione za zebrane kilka złotych.

Pan Zbyszek wyszedł z bramy z torbą na zakupy. Tym razem nie miał wózka na kółkach. Miał siatkę z pomarańczami.

Zatrzymał się naprzeciwko stołu.

— Co to za strajk? — zapytał.

Pani Krysia nie podniosła głosu.

— To nie strajk, panie Zbyszku. To zapis do kółka rysunkowego. Każdy może dołożyć. Ale żeby dołożyć, musi przejść po kredzie.

— Po jakiej kredzie?

Pani Krysia wskazała na chodnik. Pod nogami pana Zbyszka widniała świeżo narysowana kredowa linia. Równa, gruba, biała. Od schodka do latarni.

— A żeby przejść po kredzie, trzeba podpisać petycję — dodała.

Sąsiedzi, którzy akurat szli do kościoła na Ratajczaka, zatrzymywali się i patrzyli. Ktoś się zaśmiał, ktoś pokręcił głową. Ale nikt nie przeszedł po kredzie bez podpisu.

Pan Zbyszek spojrzał na swoje buty. Były czyste, jasne, zamszowe.

— Ja nie mam czasu na takie zabawy — powiedział.

— Rozumiem — odparła pani Krysia. — W takim razie proszę wyjść drugim wyjściem. Tylko że tam dzieci narysowały łabędzia. I też trzeba podpisać.

Zapadła cisza. Taka, że słychać było, jak w kieszeni pana Zbyszka trzęsą się klucze od mieszkania.

W końcu podszedł. Nie do stołu. Do kartki z petycją. Wziął długopis. I zawahał się.

— To nie znaczy, że aprobuję — powiedział.

— Jasne — odpowiedziała pani Krysia. — To znaczy tylko tyle, że dał pan dwadzieścia złotych na kredy.

— Dwadzieścia? — zdziwił się. — Ja dałem dziesięć.

— Dla pana dwadzieścia — wyjaśniła pani Krysia, nie mrugnąwszy. — Za ekspresowe zmywanie cudzych rysunków.

I pan Zbyszek zapłacił.

Tymek policzył pieniądze. Trzy banknoty po dziesięć, dwie piątki, kilka monet. Razem osiemdziesiąt dziewięć złotych. Na nowe kredy, farby i jednego lizaka, żeby było sprawiedliwie.

A tydzień później na chodniku przed naszą kamienicą znów pojawiły się rysunki. Ale tym razem z przodu, przy samym wejściu, ktoś przykleił do kostki brukowej przezroczystą folię samoprzylepną. Duży arkusz, starannie przycięty. Pod nią leżał narysowany na kartce napis:

„To jest oficjalny fragment chodnika udostępniony przez administrację osiedla na cele artystyczne. Rysować wolno. Zmywać może deszcz. Krytykować może pan Zbyszek, ale już zapłacił.”

Nie podpisał się nikt. Za to pani Krysia umieściła pod spodem małą, laminowaną notkę:

„Proszę nie niszczyć. To nie jest zło. To jest podziękowanie.”

A na samej górze, nad napisem, przyklejone zwykłą taśmą klejącą, leżało pół żółtej kredy. Tej złamanej.

Nikt jej nie ruszał.

Nawet pan Zbyszek, który codziennie mijał ten kawałek chodnika, nie odwracał od niego wzroku. Nie patrzył na niego i nie komentował. Po prostu przechodził obok. A za każdym razem, gdy to robił, przyspieszał kroku.

Śmieszne, bo kreda nic nie chciała. Ani pieniędzy, ani zwycięstwa. Leżała na bruku i czekała, aż jakaś dziecięca ręka znowu po nią sięgnie.

Ale w całej kamienicy nikt nie zdjął tej połówki.

Może dlatego, że to była jedyna rzecz, co do której pan Zbyszek i dzieci mogli się zgodzić.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × 1 =

Sąsiedzi z trzeciego piętra mieli rację, tylko że nikt nie chciał tego przyznać na głos