Nie znałem wcześniej moich sąsiadów z parteru, tylko od czasu do czasu się witaliśmy. Aż wpadliśmy na siebie na ulicy, gdy moja sąsiadka paliła papierosy, a ja czekałem na młodszą siostrę, która przygotowywała się do wyjścia już od godziny. Zaczęliśmy rozmawiać o dojazdach do pracy i okazało się, że ja i kobieta, która mieszka na parterze, mamy biura naprzeciwko siebie. Gdy dowiedziała się, że mam samochód, a nie jeżdżę komunikacją miejską, zapytała mnie, czy mógłbym ją podwieźć w poniedziałek. Nie było to dla mnie zbyt dużym problemem, więc zgodziłem się.
Podwiozłem ją w poniedziałek i miło spędziłem czas na pogawędce. Pracę skończyłem wczesnym wieczorem, więc sam pojechałem do domu, a po dwudziestej pierwszej zadzwonił dzwonek do drzwi – znowu sąsiadka i znowu prośba o podwiezienie jutro.
Pomyślałem, że może z jakichś powodów nie może w tej chwili korzystać z transportu publicznego, może spóźnia jej się wypłata czy coś, więc zgodziłem się ponownie. Nie policzyłem jej za benzynę z grzeczności i dlatego, że nie zaproponowała.
W środę sytuacja się powtórzyła. Zanim się zorientowałem, utknąłem w niekończącej się pętli z sąsiadką z parteru. Nie czuję się komfortowo odmawiając jej lub proponując, by zapłaciła połowę ceny za benzynę. Czuję się jak jej osobisty szofer i nie mam pojęcia, jak wrócić do czasów, kiedy nie znaliśmy się zbyt dobrze.
Może powinienem wymyślać wymówki, żeby pójść wcześniej do pracy lub spóźnić się, żeby mieć ją z głowy?



