Warsztat lakierniczy Dominiki miał zamknąć się o osiemnastej, ale tego wtorku w październiku zostawała po godzinach nad rachunkami, które nie chciały się zgadzać.

Trzydziestoczteroletnia Dominika Wrzos prowadziła serwis blacharsko-lakierniczy przy ulicy Krakowskiej w Radomiu od sześciu lat — po ojcu, który zapisał go na nią, kiedy odchodził na emeryturę. Warsztat stał na wynajmowanej działce, ale sprzęt, klientela i dobra opinia w mieście były jej. Jedyny problem: księgowość wciąż prowadził szwagier, Marek Dudek, mąż jej starszej siostry, bo tak się kiedyś umówili — on zna się na liczbach, ona na blacharce.

Tego wieczoru Marek przyszedł nie umówiony, z teczką pod pachą i tym uśmiechem, który Dominika znała aż za dobrze — takim, jakim uśmiechał się, gdy chciał coś przepchnąć bez pytania.

— Podpisz to — powiedział, kładąc dokument na blacie zalanym plamami z oleju. — Przeniesienie części udziałów. Formalność.

— Jakich udziałów? Warsztat jest mój.

— Twój, twój. Ale ja w niego wkładam pracę od lat, za darmo praktycznie robię ci księgi. Chcę mieć to na papierze. Trzydzieści procent.

Dominika wytarła ręce w szmatę, spojrzała na dokument, potem na Marka. Zapach acetonu z hali wciąż wisiał w powietrzu, gdzieś za ścianą kapało z nieszczelnego kranu — dźwięk, który słyszała codziennie i którego prawie nie zauważała, dopóki teraz, w tej ciszej po jego słowach, nie zabrzmiał wyjątkowo głośno.

— Nie podpiszę.

— Ela by chciała, żebym miał w tym udział — powiedział, wspominając jej siostrę, jakby to był argument nie do odparcia. — Rodzina to rodzina.

— Rodzina nie przepisuje sobie cudzego biznesu przez notariusza za plecami.

Roześmiał się, jakby usłyszał żart.

— Myślisz, że dasz radę sama? Kto ci zrobi rozliczenie z ZUS-em, kto pilnuje faktur? Beze mnie ten warsztat się zawali w pół roku.

Wyszedł, trzaskając drzwiami tak, że dzwoneczek nad wejściem spadł na podłogę.

Przez następny tydzień Dominika nie mogła się skupić. W nocy budziła się i sprawdzała telefon — czy Marek czegoś nie napisał, czy siostra nie zadzwoniła z pretensjami. Ela milczała, co było gorsze niż awantura. W piątek, kiedy klientka odbierała skodę po lakierowaniu zderzaka, Dominika po raz pierwszy pomyliła się w wydawaniu reszty — o sto złotych za dużo. Zauważyła to dopiero po zamknięciu kasy.

W sobotę pojechała do ojca, do bloku na Gołębiowie, gdzie mieszkał sam od śmierci matki. Zastała go przy telewizorze, z kubkiem herbaty w dłoni i meczem żużlowym w tle.

— Marek chce trzydzieści procent warsztatu — powiedziała bez wstępu.

Ojciec ściszył telewizor.

— A ty co?

— A ja nic. To mój warsztat.

— No to masz odpowiedź. — Odstawił kubek. — Wiesz, że jak umierała twoja matka, on przyszedł na stypę i zaczął pytać, czy nie sprzedajemy przypadkiem działki w Jedlni. Trzy dni po pogrzebie.

Dominika nie wiedziała o tym. Poczuła, jak coś w niej twardnieje — nie złość, tylko pewność, że to, co teraz robi Marek, nie jest wypadkiem przy pracy, tylko wzorem, który się powtarza.

W poniedziałek zadzwoniła do kancelarii na Żeromskiego, gdzie prawnik od lat prowadził sprawy warsztatu. Umówiła się na czwartek.

Tydzień później Marek wrócił, tym razem z Elą. Siostra usiadła na plastikowym krześle w biurze warsztatu, założyła ręce i milczała przez pierwsze minuty, patrząc gdzieś w bok, na kalendarz z reklamą lakierów na ścianie.

— Dominika, może po prostu porozmawiajmy jak dorośli ludzie — zaczął Marek.

— Rozmawiamy. Odpowiedź się nie zmieniła.

— On od pięciu lat prowadzi twoje księgi za pół stawki rynkowej — odezwała się w końcu Ela, ale głos jej drżał, jakby powtarzała cudze zdanie. — Uważasz, że nic mu się nie należy?

— Należy mu się wynagrodzenie za pracę. Nie udział w firmie, którą zbudował tata.

— Tata już nie żyje — wtrącił Marek. — Nie musisz się trzymać jego zasad.

To zdanie zawisło w powietrzu na chwilę za długo. Dominika odłożyła klucz nastawny, który trzymała w ręku, na regał, dokładnie między dwa pudełka ze śrubami, jakby to było ważniejsze niż to, co miała powiedzieć.

— Właśnie dlatego się ich trzymam.

Sięgnęła do szuflady biurka i wyjęła teczkę — cienką, szarą, z pieczątką kancelarii prawnej. Położyła ją na blacie obok dokumentu, który Marek próbował jej podsunąć tydzień wcześniej.

— To jest umowa o prowadzenie księgowości, którą przygotował mój prawnik. Stawka rynkowa, miesięczne wynagrodzenie na konto, żadnych udziałów. Możesz podpisać do piątku albo znajdę innego księgowego — w Radomiu nie brakuje biur rachunkowych.

— Grozisz mi?

— Informuję cię. Tak jak ty mnie informowałeś tydzień temu.

Marek sięgnął po teczkę, przekartkował ją, jakby szukał w niej haczyka, którego nie było. W końcu odłożył ją na blat i wstał.

— Ela, idziemy.

Siostra nie ruszyła się od razu. Popatrzyła na Dominikę — nie ze złością, raczej z czymś, co przypominało ulgę, której sama się nie spodziewała.

— Zadzwonię do ciebie — powiedziała cicho, kiedy Marek już czekał przy drzwiach.

Zadzwoniła trzy dni później, nie do Dominiki zresztą — do kancelarii, żeby zapytać, czy da się przepisać księgowość warsztatu na inne biuro bez zrywania relacji rodzinnych na dobre. Prawnik przekazał to pytanie Dominice z pewnym rozbawieniem.

W piątek Marek nie podpisał umowy. Zamiast tego przysłał SMS-a: że rezygnuje, że skoro tak, to niech sobie radzi sama, że zobaczy, jak szybko wszystko się rozsypie bez niego.

Dominika przeczytała wiadomość, siedząc w biurze, z otwartym na telefonie kontem firmowym — sprawdzała akurat, czy przelew za ostatnie zlecenie już doszedł. Doszedł, cztery tysiące dwieście złotych za naprawę powypadkowego auta. Odłożyła telefon, wzięła słuchawkę stacjonarną i zadzwoniła do biura rachunkowego, które prawnik polecił jej tydzień wcześniej — umówiła się na przekazanie dokumentów od poniedziałku.

Za ścianą znowu kapał kran. Musiała w końcu wezwać hydraulika.

Sześć miesięcy później warsztat działał tak samo jak wcześniej — może nawet sprawniej, bo nowe biuro rachunkowe przypominało o terminach, zamiast ich przekładać. Ela wpadła raz, sama, kupić w pobliskim sklepie coś na drugie śniadanie, i zajrzała na chwilę do hali. Nie mówiły o Marku. Popatrzyły tylko na nowo pomalowaną skodę, która stała na podnośniku, lśniącą jak niedzielne popołudnie, i Ela zapytała, ile kosztowałby lakier na jej stary polonez, którego trzymała w garażu z sentymentu.

— Dla ciebie zrobię po kosztach — powiedziała Dominika.

To było jedyne zdanie o rodzinie, jakie sobie tego dnia powiedziały.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × 5 =

Warsztat lakierniczy Dominiki miał zamknąć się o osiemnastej, ale tego wtorku w październiku zostawała po godzinach nad rachunkami, które nie chciały się zgadzać.