Pamiętam tamte dni jak przez mgłę, mimo że minęło już tyle lat. Po śmierci mojego kochanego męża, Kazimierza, świat legł mi w gruzach. Trzy miesiące po jego odejściu dotarła do mnie wiadomość, która zmieniła moje życie na nowo. Pewnej zimowej nocy w Krakowie, ktoś pozostawił maleńkie dziecko w Oknie Życia przy Klinice Położniczej św. Zofii. Los sprawił, że właśnie wtedy znalazłam w sobie siłę, by uczynić miejsce w sercu dla tego porzuconego chłopca.
Wiedząc, jak trudna jest droga adopcyjna w Polsce, zebrałam w sobie całą determinację. Szybko zaczęłam gromadzić niezbędne zaświadczenia i dokumenty od zaświadczenia o niekaralności po potwierdzenie stałego zameldowania na warszawskiej Pradze. Wizyty urzędników, psychologów i przedstawicieli opieki społecznej były długie i wyczerpujące, ale wszystkie oceny mojej sytuacji wypadły pomyślnie. Kiedy w końcu otrzymałam decyzję sądu rodzinnego o adopcji nie mogłam powstrzymać łez wzruszenia. Wkrótce później pojechałam do szpitala i po raz pierwszy przytuliłam mojego malca. Nazwałam go właśnie Kazimierz tak jak mój mąż. Wymawianie jego imienia przynosiło mi pocieszenie w żałobie i radość, która na nowo zakwitła w domu.
Kaziu rósł, wypełniając śmiechem nasze mieszkanie pachnące domowym jabłecznikiem. Mijały lata, a on pewnego dnia, bawiąc się z psem Burekiem, zapytał nieśmiało, czy mógłby mieć siostrzyczkę. Nie zaskoczyło mnie to. Byłam wtedy już doświadczoną matką i mając stałą pracę zdalną jako tłumaczka, mogłam opiekować się dziećmi w każdym zakątku Polski. Gdy pojawiła się kolejna okazja, długo się nie wahałam.
Pewnego jesiennego popołudnia zadzwonili do mnie ze szpitala w Lublinie, że w Oknie Życia zostawiono maleńką dziewczynkę miała ledwie trzy dni. Gdy tylko zobaczyłam ją w tym cichym pokoju, moje serce zadrżało. Z miejsca podjęłam decyzję, że zostanie z nami. Dzięki wcześniejszemu doświadczeniu wypełnienie formalności zajęło mi znacznie mniej czasu. Przeszłam pomyślnie kolejne rozmowy i badania.
Dzisiaj, gdy opowiadam tę historię przy rodzinnych spotkaniach, spoglądam na moje największe skarby: Kazimierza i moją córkę Zuzannę. We troje, razem z naszym wiernym Burekiem, stanowimy szczęśliwą rodzinę. Choć nie zawsze było lekko, czuję wdzięczność. Los zaprowadził mnie do miejsca, w którym mogłam na nowo nauczyć się kochać i cieszyć drobiazgami, nawet zwykłym kubkiem gorącej herbaty w zimowy wieczór czy wspólnym spacerem po Plantach. Dziś wiem już, że szczęście można odnaleźć nawet po największej burzy.
