Wiesz co, ostatnio podjąłem ważną decyzję przestałem zabierać moje córki na rodzinne spotkania. Powiem Ci szczerze, długo nie dostrzegałem, co się tak naprawdę dzieje.
Moje dziewczyny, Zofia ma już 14 lat, a młodsza, Jagoda, 12. Od najmłodszych lat słyszały te niby normalne komentarze na rodzinnych obiadach:
Ale dużo je.
To jej kompletnie nie pasuje.
Jest za duża, żeby się tak ubierać.
Powinna już pilnować wagi.
Na początku to zrzucaliśmy na taki nasz rodzinny sposób bycia. Wiesz, trochę gorzej się mówi, trochę po polsku się docina, i pewno nic złego w tym nie ma. Myślałem sobie: No taka już nasza rodzina, każdy swoje powie.
Ale kiedy dziewczyny były młodsze, zwyczajnie nie potrafiły się jeszcze bronić. Często milczały, spuszczały głowę, czasem uśmiechały się z grzeczności. Widziałem, że im to nie leży, ale wmawiałem sobie, że może przesadzam, no bo przecież każda rodzina ma swoje klimaty.
Jasne, zawsze pełen stół, żarty, zdjęcia, uściski Ale też spojrzenia, porównania do kuzynów, dopytywania i komentarze rzucane niby z przymrużeniem oka.
A pod koniec dnia dziewczyny wracały do domu cichsze niż zwykle.
Te teksty nie zniknęły tylko się zmieniały. Potem już nie chodziło tylko o jedzenie, ale i o wygląd, o ciało, o to, kto jak dorasta:
Ta to już dobrze rozwinięta.
Tamta za chuda.
W takiej formie to nikt jej nie polubi.
Jak będzie tak dalej jadła, niech się później nie dziwi.
Nikt nie pytał, jak się czują. Nikomu nie przyszło do głowy, że to są dziewczyny, które wszystko słyszą i wszystko pamiętają.
I wszystko się zmieniło, kiedy weszły w nastolatkowe lata.
Pewnego dnia, po takim rodzinnym obiadku, Zofia się do mnie zwróciła:
Tato ja już nie chcę tam chodzić.
Wyjaśniła mi, że dla niej te spotkania to koszmar: przebiera się, idzie, siedzi, łopie te komentarze, uśmiecha się z uprzejmości a potem wraca i czuje się okropnie.
Jagoda tylko przytaknęła. I wtedy dotarło do mnie, że obie już dawno tak się czuły.
Od tamtej pory zacząłem na poważnie zwracać uwagę na to, co się działo. Przypominałem sobie sceny, zdania, spojrzenia, gesty. Rozmawiałem też z innymi ludźmi i słuchałem, jak to w polskich rodzinach się bywa wszystko dla ich dobra. I zrozumiałem, jak bardzo może to niszczyć dziecko od środka.
Usiadłem z żoną, Katarzyną, i podjęliśmy wspólnie decyzję:
Nasze córki nie będą jeździć w miejsca, gdzie nie czują się bezpieczne.
Nigdy już nie będziemy ich zmuszać.
Jeśli kiedyś same będą chciały droga wolna.
Jak nie chcą trudno, świat się nie zawali.
Ich spokój jest ważniejszy niż rodzinna tradycja.
Oczywiście, część krewnych już zauważyła.
Zaczęło się:
Co się dzieje?
Dlaczego nie przyjeżdżają?
Przesadzacie.
Zawsze przecież tak było.
Nie wolno wychowywać dzieci w bańce.
Nie tłumaczyłem nic specjalnie. Nie robiłem awantur, nie wchodziłem w konflikty. Po prostu przestałem brać dziewczyny ze sobą.
Wiesz, czasem milczenie mówi najwięcej.
Dziś Zofia i Jagoda wiedzą, że ich ojciec nigdy nie postawi ich w sytuacji, gdzie musiałyby znosić upokorzenie pod przykrywką czyjegoś zdania.
Pewnie, nie każdy to rozumie. Może ktoś uważa, że przesadzam ale wolę postawić granicę niż udawać, że nie widzę, jak własne dzieci uczą się nie lubić siebie tylko po to, żeby pasować do czyjegoś wyobrażenia.
Jak uważasz, dobrze zrobiłem? Zrobiłbyś tak samo dla swojego dziecka?

