Podczas nocnej służby, na parkingu zauważyłem psa leżącego pod gołym niebem

Pracuję jako dozorca na parkingu na dwie zmiany i w weekendy. Mam podwyższoną kabinę, z której widzę cały teren, a mój bystry wzrok pomógł mi dowiedzieć się o nieprzyjemnej sytuacji, która wydarzyła się pewnej zimowej nocy.

Bezpańskie psy, zawsze gnieżdżą się w rogach parkingu, gdzie samochody są zaparkowane pod wiatą. To dobre miejsce, aby schronić się przed deszczem i śniegiem. Przychodzą i odchodzą, prawie nigdy nie ma tych samych. Dopiero od półtora miesiąca, zaczął przychodzić do nas bardzo urodziwy pies, czarny z brązowymi odcieniami. Nie znam się za bardzo na rasach, ale ta konkretna wydaje mi się rodowodowa. Początkowo myślałem, że uciekł właścicielowi lub po prostu się zgubił, ale dobrze wpasował się w środowisko bezdomnych, więc nie zaczynałem zbędnych ogłoszeń i nie szukałem właściciela. Na ogół nie przejmowałem się bezpańskimi psami – dziś były, jutro ich nie było. To nie była moja sprawa.

Tej styczniowej nocy, był jednak siarczysty mróz. Po północy dałem psom kilka kości żebrowych, które przywiozła ze sobą moja żona. Zawsze wszystkie łapczywie jadły, oprócz tego psa. Uznałem, że po prostu nie jest głodny. Z budy zauważyłem, że wszystko już zjadły i rozeszły się, ale ten pies nadal tam leżał. W nocy spadł śnieg i pies został zasypany, to właśnie mnie przeraziło. Co dziwne, nie wstał, nie otrząsnął się, choć nie wyglądało na to, żeby spał.

Wyszedłem po trzeciej nad ranem, żeby sprawdzić, co z psem, a on, gdy mnie zobaczył, zaczął żałośnie skomleć. Próbowałem go podnieść i zdałem sobie sprawę, że jego łapy nie są wyprostowane. Moje nogi zaczęły wiotczeć. Byłem bardzo przestraszy, więc zadzwoniłem po straż, ponieważ nie mogłam opuścić swojego stanowiska. Już wcześniej, przekierowali nas do kliniki weterynaryjnej. Wcześnie rano zadzwoniłem do mojej partnerki, aby zabrała tam psa.

Zwierzę było tak zmarznięte, że jego łapy zawiodły. W ciepłym pomieszczeniu ogrzewano go, karmiono, opiekowano się nim. Zrozumiałem, że nie mogę być obojętny wobec tych wszystkich bezpańskich psów i że one w ogóle nie powinny być na ulicy. Wolałbym, żeby były w schronisku, w cieple i z szansą, że ktoś je polubi.

Porozmawiałem o tym z kolegami ze zmiany i samochodami zawieźliśmy psy do schroniska. Nie chcieli przyjąć całej paczki, ale nie miały dokąd pójść, więc je zabrali. Teraz mam spokój ducha, nawet jeśli wszystkie psy nie znajdą nowego domu, to nie będą one marzły, ani cierpiały z głodu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziesięć − 2 =

Podczas nocnej służby, na parkingu zauważyłem psa leżącego pod gołym niebem