Mam przyjaciela z dzieciństwa, który od najmłodszych lat był „synkiem mamusi”. Jest naprawdę przykładowym maminsynkiem, bo zawsze we wszystkim słuchał matki i robił to, co ona mu kazała. Jeśli czasami jednak nie chciał czegoś zrobić zgodnie z wymaganiami, to uciekał obrażony na podwórko i płakał, że nikt go nie rozumie. Oczywiście z tego powodu długo był „chłopcem do bicia” bo wszyscy wiedzieli, że jest zbyt tchórzliwy, żeby się postawić. Chociaż byliśmy jego przyjaciółmi, nie zawsze mogliśmy mu pomóc. Kiedy chodził z naszą paczką, nikt go nie tykał, ale nie zawsze mogliśmy wszędzie z nim być i go bronić.
Adam mimo wszystko był naprawdę fajnym dzieciakiem. Wśród nas wszystkich był najbardziej oczytany i inteligentny, choć nie popisywał się nigdy wiedzą.
Dorastaliśmy i z wiekiem zaczęliśmy interesować się dziewczynami, zaczęliśmy się z nimi spotykać. Adam wciąż pozostawał taki sam – skromny i nieśmiały. Dziewczyny nie bardzo chciały z nim rozmawiać, bo był zamknięty w sobie i sam nigdy nie wychodził z inicjatywą kontaktu.
Po liceum poszliśmy na studia, potem do pracy… Rozproszyliśmy się po całym kraju, ale mimo tego utrzymywaliśmy ciągle wszyscy razem kontakt. Raz na kilka miesięcy do tej pory wyjeżdżamy albo na łono natury, albo po prostu organizujemy wyjście do baru…
Nagle w 2018 roku nasz Adaś wyjawił nam, że się żeni. Wszyscy byliśmy w szoku… Nie umawiał się z nikim, a przynajmniej nigdy wcześniej o tym nie mówił, a teraz ni stąd, ni zowąd tuż po 30. urodzinach mówi, że się żeni. Zaczęliśmy go wypytywać, kto jest jego wybranką, dlaczego jej nam wcześniej nie przedstawił i w ogóle jak się poznali. Pokazał nam jej zdjęcie na telefonie. Kobieta jak kobieta, nie była brzydka, ale też nie była pięknością.
Od tego czasu już go nie widzieliśmy, chyba wciągnęło go życie rodzinne… Najwyraźniej Adam najpierw żył pod pantoflem matki, a teraz jest pod pantoflem żony, która nie pozwala mu się z nami widywać.
Czytaj też: Matka urodziła mnie nie po to, żeby mieć córkę, ale darmową opiekunkę dla reszty dzieci
Dopiero niedawno dowiedziałem się przez wspólnych znajomych, że tamta kobieta wyszła za Adama tylko dlatego, że dobrze zarabia i jest bardzo cichy oraz ugodowy. Okazało się też, że były mąż bił ją i nie pozwalał nawet słowa pisnąć, jeśli coś jej się nie podobało. Najwyraźniej cichy facet w porównaniu z damskim bokserem jest po prostu idealną opcją.
Szkoda tylko naszego przyjaciela, którego straciliśmy przez życie rodzinne. Czy powinniśmy próbować wyrwać go ze szponów żony? Czy zostawić w spokoju i nie nalegać na spotkania? Jak myślicie?