Kilka miesięcy temu złożyłam wniosek o rozwód. Nie miałam zamiaru zakazywać mężowi kontaktu z dziećmi, ale chciałam, żeby robił to w mojej obecności. Za każdym razem, gdy do nich przychodził mówił także o tym, jak ciężko musi mi być bez niego. Ja jednak wiedziałam, że to branie pod włos i na to nie reagowałam. Wtedy zwykle przypominałam mu o tym, że to nie do mnie przyszedł, a do naszych dzieci, więc to niech się na nich skupi. I za każdym razem przerażają mnie jego słowa „trudno ci żyć beze mnie”. Uważał się za tak doskonałego, że nie wyobrażał sobie, jak ktokolwiek może żyć bez niego. Ja jednak po tych wszystkich latach nie mogłam sobie przypomnieć, co takiego miałabym stracić wraz z nim jako mężem, że miałabym to aż tak przeżywać?
Mieliśmy dobry samochód, ale zawsze jeździłam autobusem, bo mąż nie miał ani czasu ani ochoty, żeby gdziekolwiek mnie zawieźć. Nie tylko zresztą mnie, ale także i moje dzieci, więc często z plecakami i pieszo musiałam z nimi pokonywać dystans do szkoły. Dwa razy w roku jechaliśmy do moich rodziców, a mąż nie miał wtedy problemu, żeby wziąć ode mnie pieniądze na paliwo. Czasami zresztą mi i tak odmawiał, wyzywając mnie i wykręcając się. Czasami zjadał cały chleb, który był w domu, a o północy żądał, żeby zrobić mu kanapki. Nie miałam wyboru i musiałam kupić chleb, bo inaczej swoimi krzykami obudziłby dzieci w środku nocy.
Matkę co tydzień woził na targ i nie miał z tym problemu. Robił jej tam zakupy i to za pieniądze znacznie większe, niż w normalnym sklepie. Często też wszystko zjadał, a potem miał pretensje, że nic nie ma i kazał mi robić zakupy za swoje pieniądze. Sprzątanie domu, gotowanie, prasowanie – wszystko to było na mnie. Jemu trudność sprawiało włożenie brudnych naczyń do zlewu czy wyrzucenie po sobie śmieci. Myśli, że ciężko mi żyć bez niego i tego wszystkiego? Co za idiota!



