Nazywam się Bożena Kaczmarek, mam sześćdziesiąt trzy lata i od jedenastu pracuję w aptece na rogu przy ulicy Kwiatowej w Bielsku-Podlaskim. Znam tu każdego z widzenia — kto bierze na ciśnienie, kto na tarczycę, kto raz w miesiącu przychodzi tylko po to, żeby z kimś pogadać. Panią Halinę Wróbel znałam właśnie tak. Emerytka, wdowa, mieszkała sama w domu przy Leśnej, tym z niebieskim płotem i psem sąsiadów, który zawsze szczekał, gdy ktoś szedł chodnikiem.
Jej córka, Aneta, wyjechała do Niemiec chyba z dziesięć lat temu. Opiekunka osób starszych, gdzieś pod Norymbergą. Wiedziałam to, bo pani Halina lubiła opowiadać, czekając w kolejce po leki na serce. Zawsze to samo — jak Aneta dzwoni w niedzielę, jak przysyła pieniądze na opał, jak w zeszłym roku kupiła jej nowy piecyk gazowy. Mówiła o tym z dumą, ale ręce jej się trzęsły, kiedy liczyła drobne na ladzie.
Pamiętam wrzesień, bo akurat wymienialiśmy plakat w witrynie na ten o szczepieniach przeciw grypie. Pani Halina przyszła po receptę i powiedziała, że Aneta znowu nie przyjedzie na święta. Że jakaś pacjentka, którą opiekuje się w Niemczech, nie ma z kim zostać. Powiedziała to lekko, jakby to nic takiego, ale zapłaciła za leki drugi raz — zapomniała, że już zapłaciła pierwszy raz, dwie minuty wcześniej. Zwróciłam jej resztę i nic nie powiedziałam. Nie moja sprawa.
Dwa tygodnie później miałam popołudniową zmianę, kończyłam o osiemnastej. Padał drobny, taki wrześniowy deszcz, co to niby nic, a człowiek i tak przemoknięty. Szłam na przystanek akurat ulicą Leśną, bo tamtędy bliżej, i zobaczyłam taksówkę zatrzymaną przy niebieskim płocie. Kierowca wyjmował z bagażnika dużą walizkę, a z tylnego siedzenia wysiadła kobieta w ciemnej kurtce, z plecakiem.
Nie wiedziałam wtedy, że to Aneta — poznałam ją dopiero, kiedy stanęła przy furtce i zawołała: „Mamo!”. Zatrzymałam się, bo pies sąsiadów akurat oszalał ze szczekania, a ja i tak czekałam na autobus, który się spóźniał, jak zawsze o tej porze.
Pani Halina stała w ogródku z konewką, podlewała pelargonie mimo deszczu — uparta, zawsze mówiła, że kwiaty lubią wodę z nieba bardziej niż z kranu. Odwróciła się powoli, jakby nie dowierzała własnym uszom. Konewka wypadła jej z ręki, woda rozlała się po ścieżce.
— Aneta? — powiedziała, i to jedno słowo powiedziała tak, że słyszałam je z drugiej strony ulicy.
Nie podeszłam bliżej, to nie było moje miejsce. Ale patrzyłam, jak matka i córka stoją objęte przy furtce, długo, bez słowa, a deszcz kapał im na głowy i żadna się nie ruszała, żeby wejść pod dach. Aneta trzymała matkę tak mocno, jakby się bała, że jeśli puści, ta zniknie. Usłyszałam tylko urwane zdania — „mówiłaś, że nie przyjedziesz”, „chciałam zrobić niespodziankę”, coś jeszcze o pociągu z Berlina, o przesiadce w Poznaniu.
Autobus akurat nadjechał, wsiadłam, i to była cała historia, jaką widziałam na własne oczy. Resztę znam z tego, co pani Halina opowiedziała mi później, kiedy przyszła po kolejną receptę, już w listopadzie.
Aneta zostawiła wtedy tę swoją podopieczną w Niemczech na trzy tygodnie — załatwiła zastępstwo przez agencję, coś, na co wcześniej nigdy się nie zdobyła, bo bała się, że straci miejsce. Przez te trzy tygodnie robiły rzeczy zwyczajne: chodziły na targ przy dworcu, Aneta naprawiła klamkę u furtki, która się od lat obluzowywała, wieczorami piły herbatę na ławce pod jabłonią, nie mówiąc nic.
Ale pani Halina powiedziała mi coś jeszcze, co utkwiło mi w pamięci najbardziej. Że w drugim tygodniu pobytu Aneta zabrała ją do notariusza w mieście i przepisała na jej nazwisko dom przy Leśnej — ten sam, który od lat stał pusty połowicznie, bo Aneta płaciła podatek i prąd z Niemiec, a mieszkała w nim tylko matka. Powiedziała, że to nie ma być spadek po jej śmierci, tylko żeby matka miała dom na własność już teraz, żeby nikt jej nigdy nie mógł z niego ruszyć, nawet gdyby coś się stało samej Anecie tam, za granicą. I że Aneta postanowiła też, że co roku, niezależnie od pracy i od podopiecznych, będzie brała dwa tygodnie w kwietniu i dwa we wrześniu — na stałe, zapisane w grafiku agencji, nie do przesunięcia.
Pani Halina pokazała mi wtedy kopertę z dokumentami, którą nosiła w torebce jak coś świętego. Papier notarialny, jedna kartka, ale trzymała ją tak, jakby ważyła więcej niż cała reszta jej życia.
— Wiesz, Bożenko — powiedziała mi, kładąc pieniądze na ladzie — ona mi zawsze przysyłała paczki. Buty, leki, raz nawet piecyk. A ja dopiero teraz zrozumiałam, że to nie było to, czego mi brakowało.
Nie zapytałam, czego jej brakowało. Nie musiałam. Odliczyłam resztę, podałam jej pudełko z lekami i powiedziała mi „do zobaczenia”, jak zawsze, z tym swoim uśmiechem, który tamtej jesieni wyglądał jakoś inaczej niż wcześniej — spokojniejszy, bardziej u siebie. Zamknęłam za nią drzwi apteki, dzwoneczek nad wejściem jeszcze przez chwilę brzęczał, a ja wróciłam do układania pudełek na półce, tam gdzie zawsze.



