Opowieść o małej syrence, której skradziono głos

Bardzo lubiłam pracę z dziećmi, pewnie dlatego całe świadome życie do niej zmierzałam. Początkowo rozważałam zawód nauczyciela, ale potem zainteresowałam się psychologią i zdecydowałam, że to jest właśnie to, co jest dla mnie odpowiednie.

Po ukończeniu studiów, pracowałam tu i ówdzie jako psycholog na pół etatu, a później dostałam pracę jako psycholog dziecięcy w specjalnym ośrodku dla dzieci. Nie z problemami, ale z pewnymi problemami psychologicznymi. Często osoby, które doświadczyły urazów psychicznych, straciły rodziców lub krewnych, które cierpiały na koszmary senne lub nie potrafiły robić tego, co inni, trafiały tam nie z powodu wad fizycznych, ale psychicznych.

A teraz chcę opowiedzieć historię pewnej „Małej Syrenki”, nad której problemem miałam szczęście pracować. Została przyprowadzona przez rodziców z prośbą o umieszczenie jej w tej szkole, ponieważ nie było dla niej miejsca w „normalnej” szkole. Nie miało to być niegrzeczne czy niemiłe, nie miało urazić dziecka, ale raczej je chronić.

Jej matka rozmawiała ze mną nieco bardziej szczegółowo, mówiąc, że dziewczynka nie mówi. Bez względu na to, jak bardzo starali się, by mówiła i jakie problemy fizyczne miała, uważali, że jest po prostu niemową. Lekarze zapewniali ją jednak, że może mówić, tylko nie chce. Był to bardzo ciekawy przypadek. Rozplanowałam swój grafik dla tej dziewczyny.

Przede wszystkim, starałam się zacząć od rozmów. Dowiedziałam się od rodziców, co lubi ich córka, próbowałam ją zmotywować do mówienia za pomocą słodyczy jako zachęty, sama dużo z nią rozmawiałam, a potem zdałam sobie sprawę, że to nie działa, że to nie jest właściwa metoda.

Nie byłam medium, nie umiałam czytać w myślach innych ludzi, ale byłam dobra w rozróżnianiu emocji dzieci. Więc kiedy przyszła Mała Syrenka, byłyśmy razem cicho. Przez całą sesję siedziałyśmy w milczeniu, porozumiewając się niemal telepatycznie. Być może tak myślała. Starałam się zrozumieć jej emocje, rozszyfrować je i dać jej cichą odpowiedź emocjonalną.

To było tak, jakby między nami istniała jakaś więź. Kiedy jej matka przyszła na naszą sesję i zapytała mnie, co robimy, powiedziałem z całą powagą, że jej córka i ja, tak właśnie rozmawiamy.

Dziewczynka dobrze radziła sobie w szkole i potrafiła udzielać odpowiedzi pisemnych, ale nie potrafiła mówić na głos.

Jakimś cudem, udało mi się wcześniej skończyć zajęcia z chłopcami i wróciłam do domu przed końcem lekcji. Nastepnego dnia, Mała Syrenka siedziała na zielonym trawniku i patrzyła na gołębie. Korzystając z okazji, podeszłam do niej i usiadłam obok. Zaczęłyśmy naszą odwieczną, milczącą dyskusję o czymś. Razem obserwowałyśmy ptaki, a potem nagle stanęła na nogi. Jej twarz wykrzywił grymas bólu, który mnie przeraził. Myślałam, że coś ją ugryzło lub zraniło, a kiedy podążyłam za jej wzrokiem, zobaczyłam, że reaguje na pudełko z kociętami pozostawione przy ogrodzeniu szkoły. Przed chwilą przechodził tędy facet z takim właśnie pudełkiem, a potem po prostu rzucił je na ziemię.

Zaprowadziłam ją do kociąt, uśmiechając się na jej widok. Widać było, że bardzo lubi puszyste zwierzątka. Próbowałem więc udzielić jej kilku rad. Powiedziała jej, że jeśli chce zabrać jednego do domu, powinna poprosić o nią mamę. Zapewniłam ją, że mama na pewno jej pozwoli, ale musi tylko głośno zapytać. Mama telepatycznie, podobnie jak ja, nie potrafi jej zrozumieć.

Mała Syrenka była bardzo zdziwiona, że ktoś może nie rozumieć lub nie słyszeć jej myśli.

Musiałam pojechać i przegapiłam cudowny moment powrotu skradzionego głosu, ale następnego ranka jej mama dziękowała mi ze łzami w oczach, że jej córka do niej powiedziała i od tamtej chwili był koniec z ciszą. Nie zabrali też do domu tylko jednego kociaka, ale całe pudło.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście − dwa =

Opowieść o małej syrence, której skradziono głos