Grudzień w Rzeszowie, cztery stopnie na termometrze za oknem

Grudniowy wiatr uderzał w szybę, a Marta Wieczorek leżała pod kołdrą, dotykając pustej połowy łóżka. Prześcieradło po stronie Tomasza było zimne od co najmniej trzech nocy. Mąż tłumaczył się delegacją do Krakowa, ważnym kontraktem na dostawę materiałów budowlanych. Prosił, żeby się nie martwiła. Leżała, wsłuchując się w kapanie z rynny, i patrzyła w sufit pokryty siatką pęknięć, których nigdy nie zdążyli zamalować. W kuchni, na dole, tykał zegar kupiony piętnaście lat temu na pchlim targu przy Lisiej Górze — wtedy targowali się z handlarzem prawie godzinę, a potem zjedli po zapiekance z budki i śmiali się z siebie nawzajem całą drogę do domu. Dawno się tak nie śmiali.

Wstała, boso poszła do kuchni, nastawiła czajnik elektryczny. Kubek z odpryśniętym brzegiem, ten sam co zawsze. Ruchy znajome, bezmyślne. A myśli wciąż wracały do jednego: gdzie on jest. Z kim. Dlaczego nie dzwoni. Nienawidziła siebie za to podejrzliwe wypatrywanie, za to, że zaczęła sprawdzać kieszenie jego kurtki, jakby grała w jakimś tanim serialu. Ale nie potrafiła przestać. Od pół roku Tomasz był obcy — nie opryskliwy, nie zły, po prostu nieobecny nawet wtedy, gdy siedział obok.

Czajnik wyłączył się z trzaskiem. Marta zalała torebkę melisy, oparła się o parapet. Dom był za duży na dwoje — synowa para wyprowadziła się dawno: Bartek do akademika w Lublinie, Ola na studia do Wrocławia. Budowali ten dom z myślą o niedzielnych obiadach i wnukach na tarasie. Wyszła z tego cisza.

Telefon zaświecił się na blacie. Wiadomość z nieznanego numeru, bez zdjęcia profilowego.

„Pewnie się pani domyśla. Tomek jest mój. On panią nie kocha, zostaje z litości. Niech go pani puści, tak będzie lepiej dla wszystkich".

Marta przeczytała trzy razy, odłożyła telefon na stół, usiadła na taborecie. W środku coś się zacisnęło, nie mogła złapać powietrza. Wiedziała przecież. Ale jedno to podejrzewać po nocach, a drugie — przeczytać to czarno na białym, w kuchni, o piątej rano, przy czterech stopniach za oknem. Łzy poleciały od razu, gorące. Zatkała usta dłonią, żeby nie krzyczeć, i osunęła się na podłogę, plecami do kaloryfera. Płakała długo, aż rozbolały skronie i została tylko drżenie.

Umyła twarz lodowatą wodą. W lustrze — opuchnięte oczy, czterdzieści siedem lat. Przypomniała sobie siebie w wieku dwudziestu jeden lat, dziewczynę z warkoczem, w bibliotece gminnej pod Krosnem, gdzie pracowała na wakacjach. Tomasz przyszedł po książkę i został do zamknięcia. Mówił, że nigdy nie spotkał kogoś takiego. Że jej oczy są jak niebo przed burzą.

Poszła do sypialni, otworzyła szafę. Na górnej półce leżała stara walizka — ta sama, z którą przyjechała do niego dwadzieścia cztery lata temu. W środku, w foliowej saszetce, wciąż leżała zasuszona gałązka bzu z ogrodu babci. Obróciła ją w palcach, potem wrzuciła do walizki dżinsy, sweter, bieliznę, dokumenty, pieniądze z półki. Wszystko jak wtedy, tylko w drugą stronę.

Autobus PKS do Krosna odjeżdżał o dziewiątej. Nie zamówiła taksówki — poszła pieszo na przystanek, w deszczu, z walizką na kółkach turkoczącą po chodniku. Nie obejrzała się. Wiedziała, że jeśli spojrzy na dom, może się załamać.

W autobusie prawie pusto. Usiadła przy oknie, wyjęła telefon, chciała go wyłączyć, ale zamiast tego otworzyła wiadomość i napisała odpowiedź: „Jest wolny. Może go pani zabrać". Wysłała, wyłączyła telefon. Oparła czoło o zimną szybę i patrzyła, jak mijają mokre pola, szare wsie, przydrożne kapliczki. Babcia mawiała: „Plecy to twój charakter. Trzymaj je prosto, cokolwiek się dzieje".

Wieś powitała ją ciszą. Wysiadła przy starej remizie strażackiej. Deszcz ustał, ale chmury wisiały nisko nad topolami. Pachniało mokrą ziemią i dymem z kominów — ktoś palił w piecu węglem, może torfem. Gdzieś ujadał pies.

Dom babci stał na końcu drogi. Furtka zwisała na jednym zawiasie, ale sam budynek trwał — ciemne okna, ganek, stara jabłoń nad dachem. Weszła. W środku zimno, ale nie stęchłe. Łóżko z żeliwną ramą, ręczniki haftowane na ścianach, szafa z popękaną politurą, w kącie obrazek Matki Boskiej z zeschniętą palmą wielkanocną za ramą.

Rozpaliła w piecu kaflowym. Drewno wilgotne, nie chciało się zająć. Dmuchała, podkładała szczapy, w końcu ogień zahuczał, po domu rozeszło się ciepło. Usiadła na piętach przed piecem i patrzyła na płomień.

— No to wróciłam, babciu — powiedziała cicho.

Nie wiedziała, ile tak siedziała. Telefon leżał wyłączony w kieszeni. Rozpakowała walizkę, powiesiła ubrania, znalazła stare kapcie w komodzie. Wyszła na ganek, patrzyła, jak ciemnieje niebo i zapalają się pierwsze gwiazdy. Przypomniała sobie, jak siedzieli tu z Tomkiem, młodzi, zakochani. Palił papierosa, ona mu go zabierała i śmiała się. Mówił: „Zawsze tak siedźmy, patrząc na gwiazdy". Odpowiadała: „Zawsze".

„Zawsze" skończyło się dziś o piątej rano.

Drugiego dnia zaczęła sprzątać. Umyła podłogi, wytrzepała chodniki, przejrzała szafy. W skrzyni znalazła listy babci, pożółkłe, przewiązane sznurkiem. Czytała do nocy — listy od dziadka z wojska, od matki z miasta. I nagle jeden, napisany jej własnym pismem, sprzed dwudziestu trzech lat: „Babciu, kupiliśmy z Tomkiem kanapę. Wieczorami na niej siedzimy i marzymy. On mówi, że będzie miał własną firmę. A ja mówię, że będę najszczęśliwszą osobą na świecie, bo go mam". Złożyła list dokładnie i schowała.

Piątego dnia poszła do lasu w gumowcach z komórki gospodarczej, z wiklinowym koszem babci. Zbierała późne opieńki, jeszcze nietknięte mrozem. Palce marzły, ale czuła, jak krew krąży, jak żyje ciało. W drodze powrotnej spotkała ciotkę Zosię, sąsiadkę zza płotu.

— Martusia? To ty?

— Ja, ciociu.

— Widzę światło wieczorami, myślałam, że mi się przywidziało. Sama przyjechałaś, bez męża?

— Odpocząć — odpowiedziała Marta. — Odetchnąć.

Ciotka pokiwała głową, nic więcej nie pytała, tylko sprawdziła, czy jest opał i jedzenie, po czym objęła ją mocno, po wiejsku.

— Trzymaj się. Widzę, że nie bez powodu. Ale się nie wtrącam. Zechcesz, przychodź, u mnie zawsze żurek i nalewka.

Szóstego dnia przyjechał Bartek. Z plecakiem i siatką z Biedronki. Zobaczył matkę na progu i wypuścił powietrze z płuc.

— Mamo, ja już nie wiedziałem, co myśleć.

— Wszystko ze mną w porządku.

— W porządku? — obejrzał ją uważnie. — Płakałaś?

— Bartek. Po prostu wyjechałam. Musiałam.

Usiadł przy stole, patrzył na nią jak dawniej, kiedy próbował sprawdzić, czy kłamie.

— To przez tatę?

Milczała, dołożyła polano do ognia.

— Mamo, nie jestem dzieckiem. Widziałem, że się zmienił. Bałem się ci powiedzieć.

— Wiem — powiedziała cicho.

Wieczorem jedli smażone opieńki z ziemniakami. Bartek opowiadał o dziewczynie, o planach, o tym, że chce przenieść się na studia zaoczne i zacząć pracować. Słuchała, kiwając głową. Syn stał się dorosły, mówił jak mężczyzna, i był po jej stronie.

— Dzwoniłaś do taty? — spytał, gdy ściemniało. — Szukał cię?

Wzruszyła ramionami. Telefon wciąż wyłączony.

— Dzwonił do mnie. Pytał, gdzie jesteś. Powiedziałem, że nie wiem. Awanturował się.

— I co?

— Nic. Był zagubiony. Nigdy go takim nie widziałem. Nawet przez telefon było słychać, że mu ciężko.

— Niech pobędzie w tym stanie — powiedziała Marta. — Dobrze mu zrobi.

Ósmego dnia przyjechał Tomasz. Zobaczyła go z okna — stał przy furtce w płaszczu, z bukietem róż z marketu, w wyczyszczonych butach. Nie poczuła ani radości, ani złości.

— Masz gości — powiedział Bartek.

— Widzę. Sama wyjdę.

Narzuciła kurtkę, wyszła na ganek. Tomasz zrobił krok, ale nie podszedł blisko.

— Marta. Szukałem cię. — Głos chrapliwy, jakby nie spał.

— Nie ukrywałam się.

— Wyłączyłaś telefon. Dom pusty. Myślałem, że coś ci się stało.

— Coś mi się stało. Dawno. Tylko nie zauważałeś.

Podał jej róże niezręcznie. Nie wzięła ich.

— Róże są niepotrzebne. Potrzebowałam prawdy.

Milczał. Weszli do środka. Bartek przywitał się z ojcem chłodno. Tomasz rozejrzał się, uśmiechnął gorzko.

— Wszystko po staremu. Nawet zapach ten sam.

— Zapach się nie zmienia — odpowiedziała Marta. — Ludzie tak.

Usiedli przy stole. Bartek zaparzył herbatę. Tomasz wziął kubek, ale nie pił.

— Przepraszam. Wiem, że zawiniłem. Nie powinienem był. Ona sama…

— Nie mów o niej — przerwała. — Nie chcę słyszeć, że sama.

— Zerwałem z nią. Od razu, jak dowiedziałem się, co ci napisała.

— A więc wiedziałeś, że pisała?

— Przyznała się. Płakała. Mówiła, że zmęczyła się czekaniem, że chciała przyspieszyć.

Marta roześmiała się krótko, gorzko.

— Przyspieszyć. Chciała przyspieszyć moje odejście. A ty się przestraszyłeś?

— Przyjechałem po ciebie.

— Po co?

— Bo nie potrafię bez ciebie.

Popatrzyła na niego uważnie, jakby szukała w jego twarzy jakiegoś znaku.

— Kłamiesz. Potrafisz. Świetnie żyjesz beze mnie. Tylko beze mnie nie będzie tego, do czego przywykłeś. Ugotowanego obiadu, wyprasowanych koszul, domu, w którym zawsze coś pachnie. Jestem twoją codziennością, Tomek, a ona twoim świętem. Więc zostań na święcie. Codzienność da się przeżyć bez niej.

— Ty nie jesteś codziennością. Jesteś moim życiem.

— Twoje życie to ty sam.

Wstał, przeszedł do pieca, patrzył na ogień.

— Wiem, na co zasłużyłem, i nie będę się tłumaczył. Ale nie przyjechałem, żebyś wróciła jak gdyby nigdy nic. Przyjechałem powiedzieć: zrozumiałem. Zgubiłem siebie i ciebie. Jeśli dasz mi szansę, spróbuję to naprawić.

— Jak?

— Nie wiem. Ale spróbuję. Sprzedam mieszkanie, w którym z nią… Zwolnię ją z pracy. Jestem gotów zacząć od nowa.

Marta milczała, patrzyła na męża. Nie kłamał, widziała to. Ale ta szczerość nie wystarczała.

— Potrzebuję czasu. Nie jestem gotowa teraz decydować. Dopiero zaczęłam przypominać sobie, kim jestem bez ciebie. I to mi się podoba.

Skinął głową, poszedł do drzwi. Zatrzymał się na progu.

— Marta…

— Co?

— Naprawdę cię kocham. Zapomniałem tylko, jak być z tobą naprawdę. Nie w codzienności, tylko tak… jak tutaj. Jesteś tu inna.

— Zawsze taka jestem. Tylko przestałeś patrzeć.

Wyszedł. Trzasnęła furtka. Bartek podszedł, położył jej rękę na ramieniu.

— Dobrze zrobiłaś, mamo.

— Nie wiem — odpowiedziała cicho. — Nic nie wiem.

W nocy włączyła telefon. Trzydzieści jeden nieodebranych. Wiadomości od Tomasza, od córki, od koleżanki z pracy. Przeczytała tylko od Oli: „Mamo, tata powiedział, że wyjechałaś. Gdzie jesteś? Co się stało? Zadzwoń, martwię się".

Zadzwoniła. Ola odebrała po drugim sygnale.

— Mamo! Nareszcie! Gdzie się podziewasz?

— Jestem na wsi. W domu babci.

— Na wsi? — w głosie córki zdumienie. — A co ty tam robisz? I czemu tata taki dziwny?

— Rozstrzygamy z tatą pewne sprawy.

— To przez tę kobietę?

Marta zamarła.

— Wiesz?

— Domyślałam się. Ciągle z kimś pisał, chował telefon. Nie chciałam się wtrącać.

— A czemu mi nie powiedziałaś?

— Nie wiem, mamo. Nie chciałam cię ranić.

— Zraniło mnie co innego. Że dowiedziałam się ostatnia.

Ola zamilkła, potem powiedziała:

— Przyjadę na weekend. Można?

— Przyjeżdżaj.

Marta rozłączyła się, położyła pod kołdrę. I poczuła, że w środku już nie ból, tylko coś cichego. Jakby wreszcie przestała uciekać.

Minął miesiąc. Śnieg leżał grubą warstwą, drogi zawiane. Bartek wrócił na sesję, ale dzwonił codziennie. Ola przyjeżdżała dwukrotnie — spacerowały po lesie, milczały o ważnych sprawach, ale ciepło, po kobiecemu. Marta nauczyła się palić w piecu tak, żeby rano dom był ciepły. Nauczyła się gotować żurek na zakwasie z sąsiedniego sklepu. Nauczyła się zasypiać bez tabletek i budzić się bez budzika.

Tomasz dzwonił co wieczór. Czasem odbierała, czasem nie. Opowiadał, że sprzedał mieszkanie, że tamta odeszła z firmy. Słuchała bez pochwał i wyrzutów.

Pewnego dnia przyjechał bez zapowiedzi. Nie z różami — z siatką zakupów. Postawił na ganku.

— Nie będę się narzucał. Po prostu przywiozłem. Mięso, ser, leki. I książkę.

Zajrzała do siatki. Na wierzchu leżał tomik Iwaszkiewicza.

— Dziękuję — powiedziała. — Jak ty?

— Żyję. Palę w piecu w mieście. Myślę.

— Przeszkadzam ci?

— Nie. Nie przeszkadzasz.

Stał przy ganku, ręce w kieszeniach, śnieg osiadał mu na ramionach. Poczuła czułość — nie tę dawną, ale nową, ostrożną, jak pierwszy lód: dotkniesz, pęknie.

— Wejdź — powiedziała. — Zmarzłeś.

Pili herbatę, rozmawiali o dzieciach, o sąsiadach, o tym, że trzeba naprawić dach nad komórką babci. Nie o najważniejszym. Ale to było ważniejsze niż jakiekolwiek rozmowy o miłości.

Gdy wychodził, odprowadziła go. Śnieg skrzypiał pod butami.

— Marta. Nie ponaglam. Ale chcę, żebyś wiedziała: jestem. Każdego dnia. Zechcesz, po prostu zawołaj.

— Dobrze — powiedziała.

Poszedł do samochodu. Patrzyła za nim, potem podniosła rękę.

— Tomek.

Zatrzymał się.

— Jeszcze nie wybaczyłam. Ale zaczęłam cię sobie przypominać.

Skinął głową, wsiadł i odjechał.

Minęły kolejne trzy miesiące. Wiosna przyszła do wsi nieśmiało — najpierw kapało z dachów, potem popłynęły strumyki, na jabłoni nabrzmiały pąki. Tomasz przyjeżdżał co weekend. Naprawiali razem płot, sadzili rozsadę, palili zeszłoroczną trawę. Nauczył się rąbać drewno, ona nauczyła się znowu z nim śmiać. Inaczej niż kiedyś, ale jednak.

Pewnego wieczoru siedzieli na ganku. Słońce zachodziło za lasem, niebo płonęło pomarańczem. Tomasz trzymał jej dłoń.

— Pamiętam, jak siedzieliśmy tu pierwszy raz. Śmiałaś się, a ja myślałem: żeby tak zawsze.

— Ja też pamiętam.

— Wtedy nie wiedziałem, że o mało wszystko nie stracę.

Ścisnęła jego dłoń.

— O mało nie straciłeś. To co innego niż straciłeś.

W jego oczach nadzieja mieszała się z lękiem.

— To co, uda nam się?

— Już się udaje — odpowiedziała. — Tylko nie zwalniaj tempa.

Nazajutrz z samego rana pojechała autobusem do Krosna. W kancelarii przy rynku pachniało kawą i starym papierem. Notariusz, mężczyzna w okularach na czubku nosa, przesunął w jej stronę plik dokumentów.

— Współwłasność, proszę pani. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt z synem, tak jak pani chciała. Dom i osiemset metrów działki.

— Tak. Dokładnie tak.

Podpisała się trzy razy, tam gdzie wskazywał palcem. Data, dzisiejsza. Kiedy oddawała długopis, ręka jej nie drżała.

Wróciła po południu. Tomasz czekał na ganku, siedział na starym krześle babci, obok stała siatka z zakupami. Zobaczył ją na drodze i wstał.

— Załatwiłaś, co miałaś załatwić?

— Załatwiłam.

Weszła po schodkach, postawiła torebkę na poręczy. Słońce chyliło się nad lasem, robiło się chłodno, gdzieś w oddali szczekał pies ciotki Zosi.

— Wejdźmy do środka — powiedziała. — Robi się zimno.

— Chodźmy.

Wzięła go za rękę i razem przekroczyli próg, tam gdzie kiedyś dwudziestojednoletnia dziewczyna wybiegła boso na jego głos.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × 1 =

Grudzień w Rzeszowie, cztery stopnie na termometrze za oknem