Marek miał trzydzieści osiem lat, kiedy zaparkował audi na poboczu żwirowej drogi, bo dalej samochodem nie dało się przejechać. Wysiadł w garniturze wartym więcej niż roczna emerytura ojca i poszedł piechotą pod górę, do zagrody koło Rabki. Buty od garnituru grzęzły w błocie. Nie przejmował się tym.
Zobaczył go z daleka, między owcami. Ten sam kożuch, może ten sam od dwudziestu lat. Ta sama laska, wystrugana z leszczyny. Tylko włosy zupełnie białe i chód wolniejszy, jakby każdy krok trzeba było najpierw przemyśleć.
Stary zauważył go pierwszy i zaczął się śmiać, aż zakasłał.
— A ty w takich ciuchach do owiec? Ubłocisz se te drogie portki.
Marek nic nie powiedział. Podszedł i objął go. Ojciec zesztywniał w tym uścisku, bo nigdy nie był człowiekiem od przytulania. Całe życie mówił miłością przez robotę, nie przez słowa.
Pamiętał, jak jako dziecko budził się o czwartej rano i widział ojca ubierającego się do wyjścia z owcami. Deszcz, śnieg, wiatr — nieważne, drzwi zawsze się otwierały. Matka zostawała w domu, z gospodarstwem i trójką dzieci. Pieniędzy nie było wiele.
Ojciec skończył sześć klas podstawówki. Pisał z trudem, litery krzywe jak płot po burzy. Kiedy przychodziło jakieś pismo z gminy, obracał kopertę w rękach po kilka razy, zanim zawołał syna.
— Chodź no, przeczytaj mi, co tu piszą.
Marek jako mały nie rozumiał, dlaczego ojciec wtedy odkładał kopertę na parapet, zamiast otworzyć ją od razu. Zrozumiał później. Ojciec nie wstydził się owiec ani błota pod paznokciami. Wstydził się, że życie nie dało mu szansy na naukę. I dlatego miał jedną obsesję.
— Ty się ucz, synu. Żebyś nie musiał, jak ja, prosić ludzi, żeby ci przeczytali, co na kartce.
Dobre liceum było w Nowym Sączu, dwadzieścia kilometrów od Rabki. Latem przed pierwszą klasą przyszło pismo z rekrudacji: opłata za internat, sto osiemdziesiąt złotych do końca sierpnia, inaczej miejsce przepada. Do tego bilet PKS, dwanaście złotych miesięcznie, i podręczniki, których lista zajmowała całą kartkę.
Marek usłyszał rodziców w kuchni tydzień przed terminem. Na stole leżało sto dwadzieścia złotych, policzone i przeliczone jeszcze raz.
— Brakuje sześćdziesiąt. Skąd my to weźmiemy, do pierwszego jeszcze trzy tygodnie — mówiła matka.
— Sprzedam maciorki.
— Które?
— Te trzy najlepsze. Handlarz z Limanowej dawał za nie dobrą cenę w zeszłym miesiącu.
— Zbigniew, to są nasze najlepsze sztuki, od nich mamy jagnięta na wiosnę —
— Dzieciak idzie do szkoły. Ja se jeszcze poradzę z resztą stada. On ma się uczyć.
Trzy dni później do zagrody przyjechał samochód dostawczy. Marek stał w oknie i patrzył, jak ojciec prowadzi trzy maciorki po linie do rampy, jedną po drugiej, i jak przy trzeciej się zatrzymuje, trzyma zwierzę za kark dłużej niż trzeba, zanim odda. Handlarz odliczył pieniądze na masce samochodu. Ojciec schował je do wewnętrznej kieszeni kożucha, tej zaszytej grubą nicią, i poszedł prosto na pocztę, nie zdejmując gumowców.
Wieczorem położył na stole przed matką sto osiemdziesiąt złotych. Do internatu zabrakło jeszcze na buty i zeszyty, więc jesienią sprzedał dwie kolejne. Na drugą klasę — jeszcze trzy, kiedy trzeba było dopłacić do podręczników. Do matury zostały ostatnie pięć, tak że w sumie, przez te lata liceum, ubyło ze stada trzynaście owiec.
Kupował sobie jedną parę gumowców i nosił, aż podeszwa odklejała się od cholewki. Ten sam kożuch trzymał go całe lata. Przy stole, jeśli zostawał ostatni kawałek kiełbasy, przesuwał talerz w stronę syna.
— Jedz, jedz, ja se na hali zjadłem.
Czasem wcale nie jadł.
Marek zdał maturę. Potem dostał się na politechnikę do Krakowa. Pierwszego dnia, kiedy jechał na dworzec PKS, ojciec odprowadził go pieszo aż do przystanku. W kieszeni miał zwitek pieniędzy, chyba wszystko, co zostało po sprzedaży ostatnich owiec tego roku. Wcisnął synowi w dłoń.
— Bierz.
— Tato, a ty z czym zostajesz?
Ojciec wzruszył ramionami.
— Z owcami. One kieszonkowego nie chcą.
Zaśmiał się, odwrócił się do zagrody i zawołał psa, jakby coś mu nagle wpadło do roboty.
Potem były lata studiów, praca dorywcza w markecie na Krowodrzy, pierwsza posada w firmie budowlanej, potem własna działalność, która o mało nie zbankrutowała po dwóch latach. Marek zaczynał od nowa, spał czasem po cztery godziny. Ilekroć chciał się poddać, przypominał sobie ojca idącego pod górę przed świtem, z laską i psem, kiedy w oknach sąsiadów jeszcze się nie paliło światło.
Dziś Marek prowadzi firmę zatrudniającą sześćdziesięciu ludzi. Podpisuje kontrakty warte miliony złotych, siedzi w salach konferencyjnych w Krakowie i Warszawie. Na ścianie gabinetu wisi dyplom i kilka nagród branżowych. Ale na biurku, przy monitorze, stoi jedno zdjęcie — ojciec z owcami, zrobione starym aparatem, trochę wyblakłe.
Tamtego dnia, po powrocie do zagrody, kiedy już się objęli, Marek zapytał:
— Wiesz, co mnie ludzie pytają? Jak to zrobiłem, że tu jestem.
— No i co im godasz?
— Że się uczyłem.
Ojciec pokiwał głową, jakby to było oczywiste. Marek chwycił go za ramiona.
— Nie, tato. Trzynaście owiec, tato. Policzyłem kiedyś, ile ich sprzedałeś, żebym ja miał internat i książki.
Ojciec nic nie odpowiedział. Odwrócił się do stada, poprawił kij pod pachą, otrzepał rękaw kożucha, chociaż nie było na nim niczego do otrzepania.
— To znaczy, że nie darmo się nagorowałem — powiedział w końcu, nie patrząc na syna.
Objęli się jeszcze raz, mocniej. Owczarek podszedł i oparł łeb o nogę Marka, jakby też chciał być przy tym.
Tydzień później Marek zapłacił za remont dachu w zagrodzie i przepisał na ojca rentę uzupełniającą — dwieście złotych miesięcznie z własnej kieszeni, żeby stary nie musiał już liczyć, czy starczy do pierwszego. Ojciec się opierał, mówił, że nie potrzebuje. Marek położył przed nim na stole gotowy formularz z banku i długopis.
— Podpisz się tu, tato. Tylko tu.
Stary wziął długopis, popatrzył na linijkę, potem na syna, i podpisał się powoli, literami, których nauczył się kiedyś sam, żeby nie musieć nikogo prosić o pomoc.



