Jadwiga Krzemień nastawia wodę na herbatę o siedemnastej, chociaż wie, że nikt jej dziś nie wypije. To rytuał, nie potrzeba. Kuchnia w bloku na Bemowie pachnie makowcem, który upiekła na wszelki wypadek — syn dzwonił wczoraj, że może wpadnie w weekend, może nie, jeszcze nie wie, ma dużo w pracy. Za oknem tramwaj numer 10 skrzypi na zakręcie, sąsiadka z góry znowu włączyła odkurzacz o dziwnej porze, a na parapecie stoi doniczka z paprocią, którą Mateusz kupił jej na imieniny, jeszcze zanim wyjechał do Wrocławia.
Ma sześćdziesiąt trzy lata, emeryturę tysiąc dziewięćset złotych i dwoje dorosłych dzieci. Mateusz — programista, mieszka od czterech lat we Wrocławiu, w wynajętym mieszkaniu z widokiem na Odrę. Kasia, córka, została w Warszawie, na Ursynowie, dwadzieścia minut autobusem, ale i tak widują się rzadziej, niż Jadwiga by chciała, bo Kasia ma dwuletnią córeczkę Zosię i własne życie.
Filiżanki są dwie — ta w niebieskie kwiatki, ulubiona Mateusza, i ta wyszczerbiona, z której nikt inny nie pije. Jadwiga stawia obie na stole, jakby to mogło coś przesądzić.
O siedemnastej dwadzieścia telefon w końcu dzwoni. Jadwiga wyciera ręce w fartuch, zanim go podnosi, chociaż ręce ma suche.
— Mamo, słuchaj — mówi Mateusz, i już po tym „słuchaj" wie, że nie przyjedzie. — Wypadło mi coś w piątek, deployment, nie mogę teraz wyjaśniać, ale to ważne. W ten weekend chyba nie dam rady.
— Rozumiem — mówi Jadwiga, i naprawdę rozumie, tylko dłoń jej się zaciska na ściereczce, którą trzyma przy blacie. — Makowiec i tak postoi, w zamrażarce się nie zepsuje.
— Upiekłaś makowiec? Mamo, nie musiałaś…
— Wiem, że nie musiałam. — Śmieje się, ale głos jej się łamie w środku tego śmiechu. — Za dwa tygodnie może?
— Za dwa tygodnie na pewno. Obiecuję.
Rozłącza się. Jadwiga stoi jeszcze chwilę z telefonem w ręce, potem odkłada go na blat, ekranem do góry, i zaczyna zawijać makowiec w folię aluminiową — dokładnie, róg do rogu, jakby to była jakaś ważna praca, którą trzeba wykonać porządnie.
Nalewa sobie jedną herbatę. Drugą filiżankę, tę w kwiatki, myje i odstawia do szafki, chociaż wcale nie była brudna.
O dziewiętnastej dzwoni telefon znowu — tym razem to Kasia, bez zapowiedzi, i w tle słychać Zosię, która piszczy coś o zjeżdżalni.
— Mamo, jesteśmy pod blokiem, można wpaść na chwilę? Zosia się uparła, że musi zobaczyć babcię.
Jadwiga otwiera drzwi, zanim jeszcze zdąży zapytać, czy zdążyła się uczesać. Zosia wpada do przedpokoju w kaloszach, które zostawiają mokre ślady na panelach, i krzyczy: — Babcia! Makowiec!
— Skąd wiesz, że jest makowiec? — pyta Jadwiga, biorąc ją na ręce, mimo że lekarz mówił, żeby nie dźwigać przez to kolano.
— Bo zawsze jest — mówi Zosia, jakby to było najbardziej oczywiste zdanie na świecie.
Kasia stoi w progu, w kurtce jeszcze mokrej od deszczu, i patrzy na stół, na dwie umyte filiżanki w szafce widoczne przez uchylone drzwiczki.
— Czekałaś na kogoś? — pyta.
— Na nikogo konkretnego. — Jadwiga wyjmuje makowiec z folii, którą przed chwilą tak starannie zawinęła. — Siadajcie, zaparzę świeżą.
Kasia siada przy stole, rozpina kurtkę, wygląda na zmęczoną — pod oczami ma cienie, które nie znikną po jednej nocy snu. — Mateusz dzwonił do ciebie?
— Dzwonił. Nie przyjedzie w ten weekend.
— A do mnie nie zadzwonił w ogóle od dwóch tygodni. — Kasia mówi to lekko, ale coś w tym tonie jest napięte, jakby liczyła te dni. — Może się pokłóciliście?
— Nie kłóciliśmy się. Ma dużo pracy.
— Zawsze ma dużo pracy.
Jadwiga stawia przed nią filiżankę, tę w kwiatki, umytą przed chwilą na nic. Zosia siedzi już na krześle z widelcem w garści, czekając na swój kawałek.
— Wiesz co, mamo — mówi Kasia, mieszając herbatę, chociaż cukru jeszcze nie wsypała — czasami myślę, że on dzwoni do ciebie, żeby nie musieć dzwonić do mnie. Że ty go rozgrzeszasz z tego, że nas nie odwiedza.
Jadwiga kroi makowiec, ręka jej się na moment zatrzymuje nad talerzem.
— Nie rozgrzeszam nikogo. Po prostu nie chcę, żeby czuł, że musi.
— A ja czasem chcę, żeby poczuł, że musi. Chociaż raz.
Milczą chwilę. Zosia zdążyła już rozsmarować okruchy makowca po całym stole i teraz próbuje zbierać je palcem.
— Zadzwoń do niego dzisiaj — mówi w końcu Jadwiga. — Nie czekaj, aż on zadzwoni pierwszy. Ty też nie musisz czekać.
Kasia patrzy na nią, potem na telefon leżący na blacie ekranem do góry.
— A ty czekasz.
— Ja jestem stara i mam czas. — Jadwiga uśmiecha się i dolewa jej herbaty, chociaż filiżanka jest jeszcze prawie pełna. — Ty masz Zosię, która zaraz zapyta, czy może dostać jeszcze jeden kawałek.
— Mogę? — pyta Zosia natychmiast, jakby czekała tylko na to hasło.
Kasia wyjmuje telefon z kieszeni kurtki, patrzy na niego przez chwilę, potem chowa z powrotem.
— Zadzwonię wieczorem. Jak Zosia zaśnie.
Zostają jeszcze godzinę. Kiedy wychodzą, Zosia zabiera ze sobą kawałek makowca zawinięty w serwetkę, "na jutro do przedszkola", a Kasia w progu przytula matkę trochę dłużej niż zwykle, bez słowa.
Jadwiga zamyka drzwi, wraca do kuchni. Zmywa dwie filiżanki — tę w kwiatki i tę wyszczerbioną — i odstawia obie do szafki, jedna obok drugiej. Telefon leży na blacie, ekranem do góry. Nie dzwoni już tego wieczoru, ale ona i tak zostawia go tam, gdzie widać.



