Halina, gdańska rezydentka domu przy Wrzeszczu

Halina, mieszkanka Wrzeszcza

Ta kobieta, co mnie zapytała, miała może dwadzieścia trzy lata. Stała pod pawilonem handlowym na Grunwaldzkiej, czekała na tramwaj numer sześć, a ja obok niej z siatką pełną pomidorów z bazaru na Kartuskiej. Powiedziała, prosto z mostu, bez złej intencji zresztą:

— Ciekawa jestem, jak to jest, być już starą osobą.

Zamrugała, kiedy zobaczyła moją minę — nie z urazy, tylko z zaskoczenia, że w ogóle się zatrzymałam. Zaczęła się tłumaczyć, że źle to ujęła, że nie chciała obrazić. Powiedziałam, że pytanie jest w porządku, że akurat mam czas, bo mój tramwaj jedzie dopiero za dwadzieścia minut. Usiadłyśmy na ławce koło kiosku Ruchu, tego, gdzie zawsze pachnie świeżą gazetą i kawą rozpuszczalną z automatu obok.

Chciałam jej powiedzieć coś mądrego. Otworzyłam usta i zamiast tego zobaczyłam Kasię, moją córkę, jak stoi wczoraj w przedpokoju z torbą od Zary w ręku.

— Mamo, no weź. Masz sześćdziesiąt dziewięć lat.

Kupiłam sobie bluzkę. Zieloną, z dużym dekoltem, taką, jaką nosiła ekspedientka w sklepie, ładna dziewczyna, może trzydziestoletnia. Przymierzyłam ją w przymierzalni, obróciłam się przed lustrem raz, drugi, i pomyślałam: dobra, biorę. Kasia zobaczyła metkę wystającą z torby, zanim zdążyłam ją schować do szafy, i wyjęła bluzkę dwoma palcami, jakby trzymała coś, co śmierdzi.

— Do czego ty to założysz? Na Wielkanoc do cioci Zosi?

Nie odpowiedziałam od razu. Wzięłam bluzkę z jej ręki, złożyłam ją na pół, potem jeszcze raz, tak jak się składa rzeczy, które chce się zachować, a nie odłożyć byle jak. Powiesiłam ją na wieszaku przy oknie, tam gdzie wisi moja niebieska sukienka na wyjścia. Kasia patrzyła na mnie i czekała na kłótnię, a ja nic nie mówiłam, tylko poprawiałam rękaw, żeby się nie pomiął.

— Będę ją nosić do warzywniaka — powiedziałam w końcu. — I do kościoła, jak mi przyjdzie ochota. I na ławkę pod blokiem, gdzie siedzi pani Krystyna i będzie miała o czym gadać przez tydzień.

Kasia parsknęła, ale już nie tym tonem co wcześniej. Wieczorem, jak wychodziła, pocałowała mnie w policzek i powiedziała, że kolor mi jednak pasuje. Nie przeprosiła. Ja też nie oczekiwałam przeprosin. Wystarczyło, że bluzka wisiała tam, gdzie ją powiesiłam.

To wszystko opowiedziałam tej dziewczynie na ławce, może nie tak dokładnie, ale mniej więcej. Ona słuchała, trzymając w rękach telefon, który ani razu nie zerknęła, żeby sprawdzić godzinę.

Powiedziałam jej też, że rano, jak wycieram parę na lustrze po prysznicu, czasem przez sekundę nie do końca poznaję kobietę po drugiej stronie. Siwe pasmo nad lewym uchem, bruzdy głębsze niż rok temu, brzuch, który nie pamięta już czasów sprzed dwóch porodów. Ale nie stoję tam długo — nakładam krem, wychodzę, mam kotleta schabowego do usmażenia na obiad.

Jedenaście lat temu, tydzień po pogrzebie męża, stałam dokładnie tak samo przed tym lustrem i nie potrafiłam nałożyć nawet kremu. Ręka mi drżała, odłożyłam słoiczek, usiadłam na brzegu wanny i siedziałam tam, dopóki nie zrobiło się zimno. Syn wtedy stracił pracę w stoczni, dzwonił co drugi dzień załamany, a ja musiałam znaleźć w sobie coś, czego wcześniej nie musiałam szukać — słowa, które go trzymały na powierzchni, choć sama ledwo trzymałam się swojej.

Nie powiedziałam tej dziewczynie, że to ją czegoś nauczyło. Powiedziałam tylko, że pies, który przeżył ze mną szesnaście zim, umarł dwa lata po mężu, i że przez miesiąc nie mogłam spać po jego stronie łóżka, bo tam zawsze spał, na starym kocu w nogach.

Za to teraz mam prawo zostawić kubek po herbacie na parapecie, spędzić cały wtorek, przesadzając surfinie na balkonie, bo w zeszłym roku uschły od upału, i zjeść drugi kawałek szarlotki sąsiadki, która przyniosła cały blaszany talerz i powiedziała, że i tak za dużo upiekła.

Tańczę czasem sama w salonie do piosenek, które grały w radiu, kiedy miałam dwadzieścia lat. W zeszłym tygodniu poleciała jedna, którą mój mąż nucił, myjąc naczynia, i musiałam usiąść na kanapie, bo nogi mi się nie chciały ruszać w tańcu, tylko trzęsły od płaczu. Otworzyłam okno, żeby sąsiedzi nie pomyśleli, że coś mi się stało, jak usłyszą. Za oknem szczekał pies z parteru.

Jeżdżę latem nad morze, do Jastarni, zakładam kostium kąpielowy na ciało, które nikogo już nie musi zachwycać, i wchodzę do zimnej wody Bałtyku. W zeszłym roku jakaś nastolatka na plaży szepnęła do koleżanki, patrząc na mój brzuch, i obie się zaśmiały. Weszłam do wody po szyję i pływałam tak długo, że wyszły przede mną.

Tramwaj numer sześć nadjeżdżał już zza rogu. Powiedziałam dziewczynie ostatnią rzecz:

— Lubię swój wiek. Mam bluzkę, której moja córka nienawidzi, i noszę ją w każdy czwartek do warzywniaka.

Wsiadła do tramwaju, pomachała mi przez szybę, zanim drzwi się zamknęły. Zebrałam siatkę z pomidorami i poszłam w stronę domu przy Wrzeszczu. W przedpokoju, na wieszaku przy oknie, wisiała zielona bluzka. Zdjęłam ją, przymierzyłam jeszcze raz przed lustrem w korytarzu, poprawiłam dekolt i zostawiłam na sobie — na surfinie i tak trzeba było wyjść w czymś.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − osiemnaście =

Halina, gdańska rezydentka domu przy Wrzeszczu