Kiedy byłam dzieckiem, w moim domu rozgrywały się sceny których nie rozumiałam.
– Wstawaj szybciej. Nie możesz szybciej ruszać tymi nogami babciu? – krzyczała Bożena, żona mojego wujka.
– Mam dziewięćdziesiąt lat, kiedy byłam w twoim wieku, byłam równie gibka – mówiła cicho babcia.
Synowa babci, wciąż na nią krzyczała i ciągle coś jej nie pasowało. Skarżyła się, że musi opiekować się staruszką, prowadzić ją do toalety, zmieniać pościel i prać jej ubrania.
– Nic nie robisz tylko siedzisz przy tym stole! Wyjdź z domu! Rusz się trochę, nie mam zamiaru wszystkiego za Ciebie robić!
Babcia smutno spoglądała na synową, nic się nie odzywając. Wtedy podchodziłam do niej i mocno ją przytulałam. Babcia wówczas, chociaż na chwilę się uśmiechała i głaskała mnie po głowie.
Babcia patrząc w okno, często mówiła do siebie „Boże ukochany, weź mnie proszę i poprowadź na swoje łąki, pozwól mi cieszyć się i radować. Spraw, aby już nic mnie nie bolało. Tu na ziemi, nie czeka mnie nic dobrego.” Wtedy nie rozumiałam, dlaczego babcia tak mówi i gdzie chciała iść. Dopiero kiedy dorosłam pojęłam, że nie chciała być dla nikogo ciężarem. Nie miała wsparcia w rodzinie, czuła się niechciana i niekochana. Żałuję, że byłam tylko małą dziewczynką, która nic nie mogła zrobić dla ukochanej babci. Teraz kiedy już jej nie ma, spoglądam w okno i mam nadzieję, że spaceruje po zielonych łąkach, o których tak marzyła.



