NIE POTRZEBUJĘ PARALIŻOWANEJ… – powiedziała synowa i wyszła… Ale nie miała pojęcia, co wydarzy się…

13 marca

Często myślę, jak przewrotny jest los. Życie pisze swoje scenariusze, a my możemy tylko odgrywać wyznaczone role. Dziś chcę zapisać to, co wydarzyło się w ostatnich latach może kiedyś ktoś przeczyta mój pamiętnik i zrozumie, czym jest prawdziwa miłość i poświęcenie.

Mieszkam w małej wsi na Mazowszu. Zawsze byłem raczej zwyczajnym człowiekiem czasem wypiję kieliszek wódki w weekend, porządkuję grządki, rozmawiam z sąsiadami. Zawsze miałem marzenie: chciałem mieć psa, nie byle jakiego, tylko rasowego owczarka podhalańskiego. Dla takiego psiaka byłbym w stanie pojechać aż w Tatry, aby go kupić i sprowadzić do domu.

Znają mnie wszyscy jako Władysława, choć niektórzy mówią do mnie Władek, inni jeszcze Władek Senior. Sieduję po pracy na ławce przed domem, wspominam dawne czasy czasem młodzież przysiada się, bo ciekawi ich, jak to dawniej we wsi bywało.

Kiedyś miałem żonę, Marię. Była chorowita na serce, lekarze kategorycznie odradzali jej ciążę, ale Maria tak bardzo pragnęła dziecka. Urodziła mi syna, ale choroba ją pokonała. Kochałem ją całym sercem wszystko w domu robiłem dla niej, nawet siatkę mleka z Biedronki nie pozwalałem jej nosić. Nie wolno! mówiłem lekarze zabraniają! Synka pielęgnowałem sam, gotowałem obiady.

Maria często narzekała: Władek, ludzie się będą śmiać, wszystko robisz, a ja odpoczywam! Ale wiejskie kobiety jej zazdrościły: Marysia, oddaj nam swojego Władka choć na jeden dzień! Uśmiechała się tylko. Tak z uśmiechem odeszła rano odkryłem, że jest już zimna. Płakałem trzy dni jak bóbr, potem zająłem się synem.

Mateusz, mój syn, miał wtedy 14 lat, trudny wiek. Po wojsku szybko się ożenił i został tam, gdzie służył. Tak zostałem sam. Ale staram się trzymać młodzież przychodzi, rozmawiamy na ławce.

Syn miał córkę, Zosię, czekałem na nich z rodziną, ale nie przyjeżdżali. Ciągle coś: to praca, to brak czasu, to za daleko. Wnuczkę znałem tylko ze zdjęć.

Ostatnio wieś zauważyła, że chodzę posępny, jakby na dnie oceanu. Nie żartuję, nie siedzę na ławce, nie rozmawiam. Wypytywali, co się dzieje okazało się, że dostałem telegram. Synowa powiadomiła, że mieli wypadek samochodowy wnuczka w szpitalu w ciężkim stanie, a syn zginął.

Cała wieś współczuła mi gorzko, ale nie ma takich słów, które by mogły ukoić taki ból. Przyjmowałem kondolencje, ale serce bolało tylko mocniej. Synka nie wróci już nic, ale najbardziej bolała mnie myśl o wnuczce piękna, młoda dziewczynka, raptem 15 lat, powinna żyć i cieszyć się światem. Całą duszę miałem rozdrapaną.

Najgorzej synowa zniknęła. Nie pisała listów, nie odbierała telefonu, nie odpowiadała na wiadomości. Jak się dowiedzieć, co z Zosią? Nigdy jej nie widziałem na żywo, ale kochałem od pierwszego zdjęcia. Była do Marii podobna za młodu.

Już miałem jechać do Łodzi, gdzie mieszkał syn, kiedy nagle, przed wyjazdem, podjechał samochód pod mój dom. Wynieśli nosze do środka. Do środka wpadła kobieta dopiero po chwili poznałem, że to synowa. Po niej wnieśli Zosię, rzucili ją na kanapę i wyszli.

– Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Nie potrzebuję takiej córki. Jeszcze wyjdę za mąż i urodzę zdrowe dziecko! rzuciła zimno.
– Ale ja nie jestem lekarzem! odparłem zszokowany.
– Lekarz tu nic nie poradzi. Zupełnie nie mają na nią lekarstwa. Potrzebuje tylko opiekunki. Nie chce Pan się z nią męczyć zakop ją żywcem, bo ja nie mam zamiaru niszczyć sobie życia. Nie jestem żadną opiekunką! odpowiedziała i trzaskając drzwiami zniknęła.

– Nie jesteś jej matką! krzyknąłem za nią.

I teraz rozumiem, dlaczego syn nie przyjeżdżał z rodziną. Z taką kobietą to tylko na rynek awanturować się, a nie w gości jeździć. Jak Mateusz mógł się z taką związać? Nie dowiem się już nigdy. Gdyby wiedział, że jego żona po śmierci porzuci córkę, chyba przewróciłby się w grobie.

Zostaliśmy we dwoje ja i Zosia.

Naprawdę była całkiem sparaliżowana ale ja przecież nie takie rzeczy w życiu przeżyłem. Teraz miałem cel wyciągnąć wnuczkę na prostą.

Lekarze z niej zrezygnowali, wypisali ze szpitala i nie dawali żadnych nadziei. Powiedzieli, że powinna nie żyć po takich obrażeniach. Pozostały ludowe sposoby i znachorki. Najbliższa była kilkadziesiąt kilometrów od nas. Nie dało się tam zanieść sparaliżowaną dziewczynę, a sama nie przychodziła była już za wiekowa.

Jeździłem prawie co tydzień do tej znachorki dawała mi zioła, nalewki. Tym leczyłem Zosię. Minął ponad rok, dalej ręką nie ruszała, nogą tym bardziej, leżała jak kłoda pod kołdrą. Nawet mówić nie mogła tylko coś tam jęczała niezrozumiale.

Czasem zauważałem, jak po policzku płynęła jej łza. W takich chwilach moje serce pękało. Myślałem, że tęskni za mamą i tatą. Dużo rozmawiałem z Zosią, czytałem jej książki, ale nie umiała mi odpowiedzieć. Ciężko nam obu było.

Aż pewnego wieczoru wydarzyło się coś niespodziewanego. Siedziałem jak zwykle przy jej łóżku, gdy nagle do domu wpadła grupa pijanej młodzieży wracali z wiejskiej dyskoteki, nogi same ich niosły, zauważyli światło w oknie. Wiedzieli, że w domu jest sparaliżowana dziewczyna ktoś rzucił pomysł, żeby wejść i zabawić się, bo przecież nie będzie się opierać. Odepchnęli drzwi, a te były niezamknięte.

– Dobra, dziadku! Rozbieraj wnuczkę, rozstaw nogi szeroko! Teraz rzucimy losy, kto pierwszy… rozkazał najbardziej pijany.
– Zmiłujcie się! Ona ma dopiero 15 lat! zaprotestowałem.

– Poczekajcie chwilę, muszę tylko umyć zęby! powiedziałem, a sam pobiegłem do kuchni, otworzyłem schowek pod podłogą i zawołałem: Bierz!.

Wyskoczył stamtąd mój ogromny owczarek Maks. Zaczął ciągnąć łobuzów za spodnie! Temu najgorszemu niemal odgryzł klejnoty, innym porwał spodenki na tyłkach. Biegli przez wieś z gołymi zadkami, ludzie śmiali się, a Maks gonił ich aż na koniec wsi przez okno.

Wróciłem do pokoju, a tam… Zosia siedzi na łóżku i krzyczy przez okno:
– Maks! Maks! Dziadku, łap go, żeby nie uciekł!…

Zapłakałem wtedy jak dziecko. Od tego dnia Zosia zaczęła wracać do zdrowia. Niedługo potem znów sama chodziła. Może to zioła znachorki, może szok wywołany przez Maksa ale mówić zaczęła bez końca. W milczeniu nazbierała tyle słów, że wylały się nagle jak potok. A skąd się wziął pies?

Po prostu Maks mieszkał ze swoim właścicielem, moim synem. Po tragedii synowa pozbyła się i córki, i psa. Przewiozła go razem z Zosią, tylko mi nic nie powiedziała. Kiedy synowa odeszła, poszedłem zamknąć bramę, patrzę przy bramie siedzi pies. Chudy i umęczony, oczy smutne jak u chorej krowy, z prawdziwymi łzami. Nawet nie wiedziałem, że Mateusz miał psa. Nie mógłbym oddać psa syna na ulicę zabrałem go do siebie.

Maks służył mi wiernie, a tamtego wieczoru siedział akurat w piwnicy, bo było lato i okropnie gorąco. Żeby nie cierpiał w upale, trzymałem go w piwnicy, na wieczór zwykle wypuszczałem, ale wtedy jeszcze nie zdążyłem go wypuścić gdyby był na górze, łobuzy nie weszłyby do domu.

Później Zosia wyznała mi, że wtedy płakała nie tylko z tęsknoty za rodzicami tak bardzo brakowało jej Maksa. Zawsze był na podwórku, do pokoju go nie wpuszczałem, a ona nie umiała mi powiedzieć, jak za nim tęskni.

Po tej awanturze Maks wrócił do domu, polizał twarz swojej małej pani. On też za nią tęsknił. I tak zaczęliśmy nowe życie ja, Zosia i Maks. O matce Zosi nie usłyszałem już nigdy żadnej wieści.

Za to wiem jedno nawet w największej biedzie i samotności można odnaleźć sens życia. Nikt nie doceni tego, kto opiekuje się chorym, kto daje miłość bezwarunkowo, ale ja już swoje wiem. Kocham moją Zosię i swojego Maksa, i to mi wystarczy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − 18 =

NIE POTRZEBUJĘ PARALIŻOWANEJ… – powiedziała synowa i wyszła… Ale nie miała pojęcia, co wydarzy się…