W naszym dziale pracuje Adam. Jego żona ma obsesję na punkcie zdrowego odżywiania. Zioła, warzywa korzeniowe, wszelkie inne warzywa i owoce – to wszystko, co każdego dnia stara się wpychać mężowi, ale on po prostu ma dość jedzenia non stop zieleniny. Oczywiście znalazł wyjście z tej sytuacji – w przerwie na lunch pędzi do restauracji typu fast food i tam pożera burgery, cheeseburgery, hot dogi, frytki i inne – zdaniem żony – śmieciowe jedzenie.
Jedząc to „śmieciowe” jedzenie Adam czasami zabrudzi sobie swoje ubrania, a wtedy żona się wścieka i oskarża męża o to, że jedząc takie rzeczy przyspiesza swoją śmierć i że w ogóle nie jest świadomy szkodliwości takich potraw. Oskarża też męża o niewdzięczność, bo ona robi wszystko, aby był zdrowy i prawidłowo się odżywiał, a on bezwstydnie niweczy wszystkie jej szlachetne trudy.
– Albo mnie oszukujesz, albo na USG jest błąd!
Na próżno kolega udowadniał żonie, że mężczyzna potrzebuje solidnego kawałka mięsa, bo bez niego nie da się dobrze funkcjonować! Maksymalnie, na co zgadza się jego żona, to zjedzenie przez niego przygotowanego przez nią wcześniej mięsa na parze, ale oczywiście z dodatkiem warzyw i sałaty. Chyba domyślacie się, jakie są tego proporcje – kawałek mięsa jest mały i raczej symboliczny, a do tego jest cała miska sałatki.
Efektem tego kompromisu z żoną, a raczej jego braku jest postępowanie Adama, który potajemnie wybiera się na pizzę czy do McDonald’s, aby zjeść to, co i jak lubi.
Wydaje mi się, że biedny mąż niedługo ucieknie od tak „troskliwej” żony do takiej, która w końcu go dobrze nakarmi…
