Mam córkę, która teraz ma 25 lat. Do 14 roku życia była najlepszą uczennicą i tak naprawdę praktycznie zawsze kończyła rok szkolny z czerwonym paskiem. Potem nagle bardzo się zmieniła – jakby ktoś ją po prostu podmienił. Zaczęła imprezować, interesować się chłopakami wpadła w złego towarzystwo, a do tego nie odmawiała sobie alkoholu i palenia, ale też i innych używek. Coraz częściej i na coraz dłużej znikała z domu.
W wieku 17 lat zaczęła pomieszkiwać u starszego od siebie faceta. Okłamywała nas na każdym kroku. O mnie i moim mężu opowiadała swoim znajomym jakieś potworności. Wciskała im kit, że jesteśmy jakąś patologią, która nadużywa przemocy i alkoholu.
Nieraz szukaliśmy jej po całym mieście, kiedy nie wiedzieliśmy, gdzie akurat jest. Wyciągaliśmy ją także z takich kłopotów, że aż głowa mała. Chodziliśmy nawet na terapię rodzinną, ale to nic nie dało, a córka zachowywała się tylko gorzej. Nie mogłam się z tym wszystkim pogodzić.
Nie poddawałam się i chodziłam do coraz to innych specjalistów, aby tylko nam pomogli. Nikt jednak nie potrafił tego zrobić. Włożyliśmy wiele wysiłku, aby ukończyła w ogóle szkołę. Później opłaciliśmy jej studia zaoczne, pochodziła na zajęcia dwa miesiące, a potem, po prostu z dnia na dzień je rzuciła i wróciła do imprezowania. Taki styl życia prowadzi do dzisiaj, a ma już 25 lat. Jest leniwa, nic nie potrafi zrobić. Czasami łapie się jakiejś pracy, ale szybko się nudzi i ją rzuca, poza tym praca przeszkadzałaby jej w imprezowaniu. Mężczyzn zmienia z kolei jak rękawiczki, w tym roku ma już chyba szóstego.
Co jakiś czas przychodzi do mnie i mówi: „Przykro mi, mamusiu, że tak to się potoczyło”, ale potem i tak robi to samo. Narzekam na nią, to jasne, ale wciąż ją kocham i martwię się o nią, bo to moja córka, jednak wydaje mi się, że już niczego nie da się zmienić.


