
Po ślubie postanowiliśmy z mężem wynająć mieszkanie, bo nie mieliśmypóki co pieniędzy na zakup własnego. Co więcej, nie zarabialiśmy niestety zbyt dużo. Pracowałam jako nauczycielka w szkole, a mąż był zwykłym, szeregowym pracownikiem w fabryce. Potem zaszłam w ciążę. Teściowa kiedy dowiedziała się, że jestem ciężarna, postanowiła zrobić nam niezwykły prezent. Sprzedała swoje trzypokojowe mieszkanie, a zamiast tego kupiła dwie kawalerki – jedną dla nas, a drugą dla siebie. Byliśmy bardzo wdzięczni teściowej za to mieszkanie i nie spodziewaliśmy się takiego prezentu z okazji narodzin naszego syna. Po przeprowadzce zrobiliśmy mały remont.
Jakiś czas później teściowej znudziło się siedzenie w domu i postanowiła otworzyć swój własny biznes. Powiedzieliśmy jej od razu, że to zły pomysł, bo nikt z nas się na tym nie zna, a konkurencja w mieście jest też spora. Teściowa jednak wierzyła w swój pomysł i nasze tłumaczenia nic nie dały. Wzięła pożyczkę z banku i otworzyła mały sklep z ubraniami. Od początku wszystko szło źle i ledwo starczało jej na opłacenie czynszu za wynajem lokalu. Wtedy wpadła na jeszcze gorszy pomysł niż wcześniej i wzięła kolejny kredyt, aby tymi pieniędzmi zapłacić za wynajem pierwszego. Zaczęła wpadać w spiralę długu.
Z mężem mówiliśmy jej, żeby zamknęła swój „biznes” teraz, zanim całkiem nie jest za późno. Ona jednak upierała się i twierdziła, że jeszcze zarobi na tym duże pieniądze. Niestety, to się nie udało, a jedyne, czego było dużo, to długów.
Wtedy teściowa przyszła do nas i powiedziała, że musimy jej pomóc spłacić kredyt. Mówi, że to dla nas chciała rozkręcić interes, aby żyło się nam lepiej. Ale nie prosiliśmy jej o to, wręcz przeciwnie, odradzaliśmy. Potem teściowa zaczęła grozić, że jeśli nie spłacimy kredytu, to sprzeda nasze mieszkanie, które dała nam na narodziny wnuka.



