Mój mąż i ja byliśmy małżeństwem od 10 lat. Myślałam, że nie mieliśmy przed sobą tajemnic, ale on, dopóki byliśmy razem, cały czas mnie okłamywał. Wiedziałam, że był już wcześniej żonaty, ale nic nie wiedziałam o jego synu. W małżeństwie z nim mieliśmy córkę. Różnił się od innych mężczyzn tym, że nigdy nie podnosił na mnie głosu, zawsze wspierał i był w pobliżu. Cały swój wolny czas poświęcił mnie i naszej córce, nawet nie wpadło by mi do głowy, że może mieć na boku inne dziecko.
Pewnego dnia mój mąż miał wypadek samochodowy, trafił do szpitala, ale nie udało się uratować mu życia.
Przez pierwsze dni nie mogłam jeść ani iść do pracy, wszystko w życiu straciło dla mnie sens. Dobrze, że była przy mnie moja mama, która opiekowała się mną i córką. Po paru dniach opamiętałam się, zaczęłam chodzić do pracy, a mama umówiła mnie na wizytę u psychologa. Zostałyśmy z córką same, musiałyśmy sobie jakoś radzić. Któregoś dnia do drzwi zapukał młody chłopak, około 20 lat, wyglądał na miłego mężczyznę.
– Witam, jestem Wiktor, syn pani męża. Chciałbym z panią porozmawiać, jeśli nie ma pani nic przeciwko – powiedział.
Poprosiłam go do mieszkania. Podobno podczas pogrzebu podszedł do mnie złożyć kondolencję, ale nawet tego nie pamiętałam.
Powodem jego przybycia było to, że mąż przepisał na niego nasze mieszkanie.
– Uważam, że to nie jest sprawiedliwe. Proponuję podzielić mieszkanie po równo między mnie i moją przyrodnią siostrę, czyli pani córkę – zaproponował.
Rozpłakałam się, bo mój mąż mnie okłamał. Nie tylko ma syna, ale także zostawił mu mieszkanie. Nie rozumiałam, dlaczego. Notariusz nic mi nie powiedział. Nie spieszyłam się z tą papierkową biurokracją, ale powinni mnie przynajmniej ostrzec.
Obecnie mieszkanie jest podzielone na dwie części. Wiktor zaproponował mi, że możemy w nim zostać, ale musimy mu połowę spłacić. Nie mam pieniędzy, jednak jest gotów czekać, a nawet otrzymywać raty przez kilka miesięcy, dopóki nie zamknę całej kwoty.

