Kartka z aptecznej apteki na Woronicza, Warszawa

Pracuję w tej aptece dwadzieścia dwa lata. Zna się tu ludzi po głosie, zanim jeszcze podniosą wzrok znad recepty. Pani Halina przychodziła co drugi tydzień, zawsze o tej samej porze, tuż po jedenastej, kiedy autobus 136 akurat wysadza pasażerów na przystanku przy Kinowej. Brała leki na serce, czasem coś na ciśnienie, a raz w miesiącu — witaminę D, bo lekarz kazał, choć ona twierdziła, że słońce Warszawy i tak jej nie dosięga zza chmur.

Miała wnuczkę, Zosię. Wiem to, bo Halina zawsze o niej mówiła, nawet do mnie, obcej kobiety za ladą, która tylko wydaje leki i liczy resztę. Opowiadała, że dziewczyna studiuje w Krakowie, że dzwoni za rzadko, że ma dwadzieścia jeden lat i już nosi w sobie ten pośpiech, który każe człowiekowi biec, zanim jeszcze wie dokąd.

Tamtej środy, w połowie sierpnia, Halina przyszła inna. Nie stanęła w kolejce jak zwykle, tylko usiadła na plastikowym krześle przy oknie, obok stojaka z termometrami, i czekała, aż zejdę z ludźmi przede mną. Miałam wtedy zmianę do piętnastej, a za oknem lało — taki nagły sierpniowy deszcz, po którym z chodnika unosi się zapach rozgrzanego betonu.

Kiedy podeszła do okienka, poprosiła nie o lek. Poprosiła o kartkę papieru i długopis. Mówię — proszę bardzo, mamy recepty in blanco z tyłu, mogę dać czystą stronę. Usiadła z powrotem przy oknie i pisała może dwadzieścia minut, wolno, zatrzymując się, patrząc przez szybę na przystanek, jakby układała zdania, zanim je zapisze.

Nie czytałam tego, oczywiście. Ale kiedy oddawała mi długopis, powiedziała tylko: „To dla Zosi. Na wypadek, gdyby mnie kiedyś zabrakło czasu, żeby jej to powiedzieć osobiście". Złożyła kartkę na pół i schowała do koperty, którą wyjęła z torebki — miała ich zawsze kilka, podpisanych już adresem wnuczki w Krakowie, gotowych.

Trzy tygodnie później Zosia przyszła do apteki sama. Nie znałam jej z widzenia, ale poznałam po tym, jak stanęła przy ladzie i powiedziała: „Babcia Halina umarła w niedzielę. Serce". Powiedziała to spokojnym głosem, tym dziwnym spokojem, jaki ludzie mają, zanim naprawdę dotrze do nich, co się stało. Przyszła odebrać ostatnią receptę, którą Halina zostawiła w systemie, chociaż już jej nie potrzebowała — chciała tylko zamknąć tę sprawę, jak wszystkie inne.

Rozmawiałyśmy przy ladzie z pięć minut. Powiedziała, że w mieszkaniu na Grochowskiej, w szufladzie komody, znalazła kopertę zaadresowaną do niej. Że babcia pisała ją chyba w aptece, bo pod spodem, w rogu, było nabazgrane logo naszej sieci — z długopisu, który tu zostaje przywiązany sznurkiem do lady, bo inaczej ludzie zabierają.

Nie wiem dokładnie, co było w tym liście. Zosia nie czytała mi go na głos, tylko trzymała kopertę w dłoni, złożoną już inaczej niż wtedy, przy oknie — teraz miała wyraźne zagięcie od noszenia w torebce, jakby otwierała ją wiele razy w ciągu tych trzech tygodni. Powiedziała jedno zdanie, które zapamiętałam: że babcia napisała, żeby nie gonić za tym, co się kończy, tylko trzymać się tego, co zostaje.

Miesiąc później Zosia znów się pojawiła, ale nie po leki. Przyniosła teczkę — taką zwykłą, kartonową, z gumką — w której miała dokumenty ze szpitala, akt zgonu, kartę pacjenta babci. Powiedziała, że jedzie do notariusza przy Grójeckiej, bo mieszkanie na Grochowskiej zapisane było na nią, i trzeba to formalnie przyjąć. Sto dwanaście metrów, trzy pokoje, czynsz zaległy za dwa miesiące, bo Halina ostatnio zapominała płacić.

Zapytałam, czy zostaje w Warszawie, czy wraca do Krakowa. Odpowiedziała, że bierze urlop dziekański na semestr, żeby to wszystko poukładać — mieszkanie, sprawy spadkowe, konto w banku, które trzeba zamknąć. Powiedziała to bez łez, z tą samą kartonową teczką pod pachą, jakby układanie papierów było jedynym sposobem, żeby coś z tego wszystkiego dało się unieść.

Odeszła w stronę przystanku, na ten sam 136, o którym zawsze mówiła jej babcia. Deszczu tego dnia nie było — słońce akurat przebiło się przez chmury nad blokami przy Kinowej, tak jak Halina zawsze mówiła, że u niej nie dociera. Nie wiem, co Zosia zrobiła z tamtym listem. Wiem tylko, że kopertę nosiła przy sobie, w wewnętrznej kieszeni teczki, osobno od reszty dokumentów — tam, gdzie się nie gubi rzeczy, których nie da się wystawić na nowo.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × jeden =

Kartka z aptecznej apteki na Woronicza, Warszawa