Nie sądziłem, że kiedyś znajdę się w podobnej sytuacji, ale po prostu odchodzę już od zmysłów. Jestem w naprawdę w kropce i sam nie wiem, co zrobić dalej.
Moja żona się rozpiła. Wszystko zaczęło się niecałe 3 lata temu. Czasami żona przynosiła butelkę półsłodkiego wina i po pracy sobie popijała, oglądając swój ulubiony serial i zajadając chipsy. Ja z nią piłem wino tylko raz w miesiącu do romantycznej kolacji, sam nie piję alkoholu, bo po prostu mi nie smakuje jakoś wybitnie, więc okazjonalnie tylko po niego sięgam, zwykle kiedy jest jakaś okazja.
Raz w miesiącu jednak robiliśmy sobie taki wieczorek, bo było to dla nas coś w rodzaju terapii małżeńskiej i wtedy kapka wina nie przeszkadzała, a nawet pomagała. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, otwieraliśmy przed sobą swoje duszy, a na koniec wszystko to kończyło się w sypialni. To były świetne wieczory.
Im dłużej byłem z żoną, tym częściej takie wieczory się zdarzały, ale też coraz częściej żona spędzała je sama. Ja zmieniłem pracę na znacznie bardziej odpowiedzialną, dlatego nie mogłem sobie pozwalać na alkohol, aby nie popełnić jakiegoś błędu, który zniszczy moją karierę zawodową. Jej to nie przeszkadzało i kontynuowała naszą tradycję, tyle tylko, że już praktycznie co tydzień, a potem nawet codziennie. Teraz żaden jej wieczór nie może obyć się bez butelki wina. Kiedy mówię jej, że musi coś zmienić, bo ewidentnie ma już problem ona mówi, że to przez kłopoty w pracy. Jest zestresowana i jakoś musi sobie ulżyć. Wszystko rozumiem, ale jak alkohol ma jej niby pomóc?
Żona nie chce zmieniać pracy, nie chce też słuchać moich argumentów na temat tego, że powinna przestać pić. Nie chce tego robić i zarzeka się, że ona nie ma żadnego problemu, tylko ja go wymyśliłem. Prawda jest jednak taka, że żyję z alkoholiczką, która nie chce się do tego przyznać. Jak jej pomóc? Jak sprawić, żeby przestała pić? Tak się nie da żyć.

