Owszem, bywam czasami niezdarny, ale bez przesady, jakoś ciągle żyję i przez swoją niezdarność jeszcze nigdy nie zrobiłem ani sobie, ani innym krzywdy. Moja żona jednak uważa, że nie może mi ufać i nie pozwala mi wziąć córki nawet na ręce, bo uważa, że jeszcze przypadkiem upuszczę maleństwo i zrobię jej krzywdę.
Wiadomo, że świeżo upieczona matka bardzo uważa na swoje dziecko i chce dla niego jak najlepiej, ale uważam, że niedopuszczanie mnie do własnego dziecka z tak bzdurnego powodu to już naprawdę przesada! To wszystko według mnie zmierza to rozwodu, bo nie wiem, jak długo to wytrzymam.
Jeszcze gwoli wyjaśnienia powiem, co oznacza ta moja niezdarność. Czasami zdarza mi się coś upuścić, nóż albo serwetki. Raz zrzuciłem łokciem kubek, który się roztrzaskał po upadku. Nie jestem jakimś kompletnym niedorajdą, a mimo to żona na takiego mnie kreuje i ciągle opowiada innym o mojej niezdarności. Mnie też próbuje udowodnić, że tak naprawdę jest.
Oczywiście wszystko pogorszyło się po narodzinach naszej córeczki. Niechętnie pozwalała mi ją brać na ręce i w sumie to wszystko, co mogłem robić z dzieckiem. Nie mogłem jej kąpać czy przewijać, bo żona ciągle powtarza, że albo źle to zrobię, albo przy okazji dziecko wyślizgnie mi się z rąk i zrobię jej krzywdę. Ta sytuacja trwa cały czas i generuje ciągłe kłótnie. Żona stoi przy swoim i absolutnie nie bierze pod uwagę moich argumentów.
Ostatnio jeszcze żona wyrzuciła mnie z sypialni, kazała spać na kanapie, a sama śpi z dzieckiem w naszym małżeńskim łóżku. Jakimś cudem nie martwi się, że w czasie snu przypadkiem odwróci się i przygniecie córeczkę, ale gdy ja chcę córkę wziąć na ręce, to już podnosi raban i jest przerażona, gdy tylko się do niej zbliżę.
Gdy już jakimś cudem uda mi się zajmować córeczką, to nie odstępuje mnie na krok i patrzy mi na ręce, a gdy tylko zrobię cokolwiek nie tak, zabiera córkę i mówi, że od początku wiedziała, że nie można mi ufać i jestem niedorajdą.
Próbowałem rozmawiać z żoną spokojnie na ten temat, bo skoro kłótnie zdały się na nic, to myślałem, że zwykła rozmowa bardziej na nią wpłynie. Zasugerowałem jej pójście do terapeuty, nawet jako para, aby rozwiązać ten problem, który tak bardzo nas dzieli, ale ona nie czuje się winna i uważa, że jedynym problemem jestem ja i moja niezdarność. Uważa wręcz, że gdyby mnie nie pilnowała, to pewnie nasze dziecko by już nie żyło, bo wypadłaby mi z rąk albo przez przypadek zakrztusiłaby się małą częścią zabawki, a ja zapewne nie zwróciłbym na to uwagi.
Naprawdę nie wiem, co robić. Chciałbym być prawdziwym ojcem, zajmować się moją córką, a nie bać się opinii mojej żony, która odnosi się do mnie jak jakiś strażnik. Z nią też już prawie nic mnie nie łączy. Odepchnęła mnie od siebie, nie ma mowy o tym, że okaże mi jakiekolwiek uczucie. Coraz częściej myślę o rozwodzie, ale boję się, że wtedy już w ogóle nie zobaczę nigdy córki.
