Mój mąż pracuje jako menedżer w pewnej korporacji. To wcale nie jest jakieś ważne stanowisko, przez co też nie zarabia za dużo, dostaje ledwo powyżej średniej krajowej. Mimo tego zdecydowaliśmy się wziąć kredyt hipoteczny. Mąż płacił ponad połowę raty, a ja dokładałam resztę. Dwa lata od wzięcia kredytu maż nagle spłacić cały kredyt hipoteczny.
Byłam w szoku, przecież nie jest jakimś milionerem! Zarabiał zawsze ledwo powyżej średniej krajowe, a teraz nagle ma tyle kasy. Niby skąd? Nie rozumiałam tej całej sytuacji. Mąż tłumaczył się, że awansowali go na wysokie stanowisko, chociaż dla mnie to i tak było dziwne. Awans awansem, ale na tyle, żeby spłacić resztę kredytu? Tym bardziej wszystko wydało mi się jeszcze bardziej dziwne, gdy trzy miesiące później kupił sobie nowy samochód, a mnie oddał ten stary. Wtedy w sumie byłam nawet zadowolona z tego, jak żyjemy i na jakiś czas zapomniałam o całej tej sytuacji.
Pewnego dnia, gdy odwiedziłam go w pracy, przypadkowo dowiedziałam się od sekretarki, że żadnego awansu nie było. Znowu wróciło do mnie to samo pytanie, co wcześniej: skąd więc ma tyle pieniędzy? Ta myśl mnie nie opuściła i postanowiłam wszystkiego się dowiedzieć. W tym celu śledziłam go bo wiedziałam, że nawet, jeśli go o to zapytam wprost, to i tak nie powie mi prawdy.
Wieczorem po pracy powiedział, że jedzie do przyjaciół. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, pojechałam za nim. Mąż pojechał za miasto, a potem jego samochód zatrzymał się w pobliżu okazałej willi. Brama się otworzyła i wjechał na dziedziniec.
Później dowiedziałam się, że ten dom należy do bogatej, starszej kobiety, która jakiś czas temu została wdową. Jej mąż zmarł i zostawił jej fortunę, a mój mąż zdecydował, że nie warto tracić takiej okazji i zaczął ją „urabiać”. Gdy teraz o tym myśli, aż mnie mdli!
