Mam 26 lat, jestem żonaty, ale nie mamy z żoną jeszcze dzieci. Ostatnie kilka lat nie przebiegały dobrze, jeśli chodzi o zdrowie naszych rodziców. Najpierw zachorowała na raka moja teściowa, przeszła operację i chemioterapię. Teraz jest pod stałą obserwacją lekarza. Pod koniec ubiegłego roku u mojego taty zdiagnozowano tę samą chorobę. Niestety sytuacja jest znacznie smutniejsza – nie można u niego zrobić operacji i jedynie można liczyć na to, że chemioterapia coś pomoże. Właśnie w czasie, kiedy tata miał mieć biopsję, mój też obchodził okrągłe, 60-te urodziny.
Urodziny na niewielką skalę świętowano w domu teściów, w gronie najbliższych i przyjaciół. Rano pojechałem do szpitala, w którym leżał tata. Szpital ten znajdował się w innym mieście. Przywiozłem mu jedzenie i to, o co prosił z artykułów higienicznych. Wieczorem planowałem pojechać do teścia na jego urodziny. Tata był trochę urażony, że tam jadę. Mama także była zła i powiedziała mi nawet, że nie mam serca, bo tata leży w szpitalu, a ja zamierzam się dobrze bawić, a to przecież nie wypada. Szczerze mówiąc to nie miałem tam ochoty nawet iść, ale wiedziałem, że tak wypada i chciałem posiedzieć tam chociaż przez chwilę.
Żyjemy obok jak współlokatorzy – moje dzieci i ja jesteśmy sami, a mój mąż sam
Wiadomość o chorobie taty bardzo mnie sparaliżowała, chodziłem od dłuższego czasu jak zombie, a zbliżająca się impreza wcale mnie nie cieszyła. Mimo wszystko jestem częścią tej rodziny i moja obecność jest także wyrazem szacunku w ich stronę. Jeszcze tego mi brakowało, żeby i oni się na mnie obrazili! Teściowa tłumaczy mi, że moje użalanie się i smucenie nikomu nie pomoże, na pewno taty nie uzdrowi, a może sprawić, że ja także się pochoruję. W pewnym stopniu się z nią zgadzam. Mimo wszystko bardzo denerwuję się tym, że moi rodzice są na mnie źli i mimo racjonalnych argumentów, ja mam pewne wyrzuty sumienia.
Zastanawiam się, jak inni ludzie przeżywają takie sytuacje? Czy chodzą na rodzinne imprezy, kiedy jakaś inna ich bliska osoba jest poważnie chora?



