Kiedy stanęłam przed ślubnym kobiercem i powiedziałam „tak” byłam przekonana, że człowiek, z którym jestem, to miłość mojego życia, a uczucie, które nas łączy, nigdy się nie wypali. Teraz, po dwóch latach od ślubu muszę niestety przyznać, że bardzo się myliłam.
Nie kocham już tego człowieka i z perspektywy czasu uważam nawet, że ten ślub był błędem. Szczerze mówiąc, to nie chodzi już nawet o to, że go nie kocham, a bardziej o to, że ja nie mogę go już znieść. Denerwuje mnie w nim wszystko i częściej przez to wolę być poza domem, niż w domu.
To małżeństwo bardzo źle na mnie działa, czuję, jakbym się wypalała. Jestem zmęczona życiem z osobą, której nie znoszę. Nie chce mi się sprzątać i dbać o mieszkanie, w którym żyjemy, bo widzę, że mój mąż też ma to gdzieś. Wcześniej jeszcze sama naprawiałam różne rzeczy, które psuły się w domu, bo mój mąż tego ani nie potrafił, ale też nie chciał się niczego nauczyć.
Samodzielnie więc z wykorzystaniem internetowych poradników wymieniałam uszczelkę, zmieniłam baterię w umywalce czy położyłam listwy w pokoju. Tego już też jednak nie robię. Dlaczego to na mnie muszą spoczywać wszystkie problemy? Dlaczego to ja mam naprawiać zepsute sprzęty w domu, prać, gotować i sprzątać, a w zamian nie otrzymuję nawet jednego, dobrego słowa?
Codziennie rano patrzę w lustro i mówię sobie, że nie można tak dalej żyć i trzeba to zmienić. Każdego dnia odkładam rozmowę o rozwodzie na następny dzień i sama nie wiem, co mnie przed tym do końca powstrzymuje. Może boję się jego reakcji? Sama nie wiem, co mąż zrobi, gdy to usłyszy.
Czy w ogóle nie będzie się tym przejmował, czy może będzie błagał mnie o to, bym z nim została? Oba te scenariusze są dla mnie straszne, bo z jednej strony całkowita obojętność znaczyłaby według mnie, że nigdy mnie nie kochał, a błaganie o przemyślenie tej decyzji mogłoby odwlec złożenie przeze mnie wniosku do sądu. Czy da się to jakoś jak najmniej boleśnie rozwiązać? Jak przejść ten trudny czas? Jaką podjąć decyzję? Ja to wszystko zorganizować?
