Mieszkamy w nowym, luksusowym budynku, mamy całodobową ochronę, nawet do drzwi wejściowych niełatwo się zbliżyć – tylko z przepustką, ale pewnego dnia wydarzyło się coś, co postawiło pod znakiem zapytania nasze bezpieczeństwo.
Jestem już po czterdziestce, moje dzieci są dorosłe, a ja i mój mąż mieszkamy w tak wytwornym domu. Zawsze dobrze nam sie powowdziło, w końcu mamy firmę, która przynosi nam wysokie dochody. Wczoraj właśnie wróciliśmy z ośrodka narciarskiego i postanowiliśmy zostać wieczorem w domu, żeby odpocząć po podróży.
Wczoraj około godziny dziesiątej, zadzwonił dzwonek do drzwi. Byłam trochę zaskoczona, bo nasze dzieci odwiedzają nas tylko po wcześniejszym umówieniu się, więc kto to mógł być? Kiedy otworzyłam drzwi, byłam jeszcze bardziej zaskoczona – przy windzie leżało zawiniątko i nikogo nie było w pobliżu. Nie odważyłam się podejść sama, więc zawołałam męża i gdy tylko zbliżył się do zwiniętego koca, nagle krzyknął:
– Kasia, chodź szybko! To jest dziecko.
Podbiegłam do niego i upewniłam się co do słów mojego męża. Jak ono się tu znalazło? Mąż pobiegł jak jeleń na parter, gdzie znajdował się ochroniarz, wezwał niezbędne służby, a następnie pobiegł do sąsiadki, aby nakarmiła dziecko, bo miała w podobnym wieku. Ja miałam bardziej odpowiedzialne zadanie, umyć dziecko i owinąć je w czysty ręcznik. Zanim przyjechała karetka i policja, chłopiec był czysty, ciepły i nakarmiony!
Towarzyszyliśmy mu cały czas w domu, zdążyliśmy spakować ubrania i pieluchy, a następnie załadowaliśmy wszystko do karetki. Dziecko było już w rękach lekarzy.
A my mieliśmy jeszcze pół nocy na składanie zeznań, w związku z takim zdarzeniem. Mam nadzieję, że policja szybko znajdzie matkę, a co najważniejsze, dowie się, jak tak sprytnie ominęła strażnika. Życzę chłopcu, aby znalazł kochającą rodzinę, która nie wyrzuci go jako niechcianej rzeczy.

