Bożena Wróbelek zbierała jeżyny na skraju lasu, kiedy zobaczyła but. Sam but, wystający spod paproci, podeszwą do góry.
Odłożyła koszyk na pieniek i rozgarnęła gałęzie. Mężczyzna leżał na boku, twarzą wciśniętą we wilgotne liście, jakby ktoś rzucił go tam jak worek ziemniaków. Podarta koszula zsunęła się z ramienia, przy skroni zaschła ciemna strużka krwi. Ręce miał skrępowane za plecami sznurkiem od bel siana — takim, jaki sprzedają w każdym sklepie rolniczym pod Kłodzkiem.
Klęknęła obok. Plecy mężczyzny drgnęły — oddychał.
Wyjęła z torby butelkę wody mineralnej, zwilżyła róg chustki i przetarła mu czoło, potem spękane wargi. Poruszył się.
— Anioł… — wyszeptał, nie otwierając oczu. — Przyszedł po mnie anioł.
— Żaden anioł, tylko Bożena z Karłowa — mruknęła i zabrała się za sznurek.
Wrzynał się głęboko, nadgarstki miał sine, prawie fioletowe. Paznokciami rozgrzebywała supeł po suple, aż w końcu pętla puściła. Mężczyzna jęknął, próbując usiąść. Nogi odmówiły posłuszeństwa za pierwszym razem, za drugim też.
Bożena podała mu ramię, potem znalazła w krzakach solidny kij leszczynowy i wcisnęła mu w dłoń.
Do Karłowa było niecałe trzy kilometry polną drogą. Szła przodem, nasłuchując jego oddechu — urywanego, ciężkiego, jakby każdy krok kosztował go całe powietrze z płuc. Kij stukał o ubitą ziemię nierównym rytmem. Kiedy się potykał, zatrzymywała się i czekała, aż znowu złapie równowagę. Za trzecim razem prawie upadł na nią.
Nad drzewami pokazały się w końcu dachy wsi, czerwona blacha kościoła. Mężczyzna wydał z siebie dźwięk, jakby to było ostatnie, na co go było stać.
Poprowadziła go przez tylną furtkę, omijając główną drogę i okna sąsiadki, pani Halinki, która widziała wszystko, co działo się między jej firanką a płotem. W kuchni posadziła go na taborecie, w pokoju obok czekała pościelona kanapa po nieżyjącym mężu.
Zamykając drzwi na klucz, jeszcze nie wiedziała, kogo właśnie wprowadziła do domu.
Nazywał się Robert. Tyle powiedział pierwszej nocy, zanim zasnął z kubkiem rumianku w dłoni. Bożena, która w Karłowie od dwudziestu trzech lat leczyła ludzi ziołami, bo do lekarza było czterdzieści kilometrów, obmyła mu rany nagietkiem i owinęła nadgarstki bandażem z apteczki. Nie pytała, kto go związał. Miała zasadę — najpierw człowiek staje na nogi, potem gada.
Trzeciego dnia Robert już chodził po podwórku, karmił kury, które przylgnęły do niego szybciej niż do samej Bożeny. Opowiedział wtedy, siedząc na ławce pod jabłonią, że prowadził w Kłodzku warsztat samochodowy, który dostał po ojcu. Że wspólnik, niejaki Darek Sowa, namówił go na kredyt na nowy dźwig do serwisu, a potem, kiedy Robert zaczął pytać o dokumenty, kazał dwóm chłopakom wywieźć go w las.
— Chcieli, żebym podpisał przepisanie udziałów. Nie chciałem — powiedział, kręcąc w palcach łodygę trawy. — To mnie związali i zostawili. Miałem tam zgnić.
Bożena słuchała, obierając ziemniaki nad miską. Nie skomentowała. Ale zapamiętała nazwisko.
Minął tydzień. Robert odzyskiwał siły, śmiał się coraz częściej, pomagał przy drewnie na opał. Wieczorami siadywał z Bożeną przy kuchennym stole, nad którym wisiała stara lampa naftowa — pamiątka po teściowej, bo prąd w tej części Karłowa dawali dopiero w latach dziewięćdziesiątych, a lampę zostawiła sobie z sentymentu. Opowiadał o warsztacie, o ojcu, który uczył go składać silniki, kiedy miał dziesięć lat. Bożena, sześćdziesięcioletnia wdowa, która od dawna nie miała z kim rozmawiać dłużej niż przy straganie na targu w Polanicy, łapała się na tym, że czeka na te wieczory.
Ósmego dnia pod dom podjechał srebrny SUV. Wysiadł z niego mężczyzna w skórzanej kurtce, a za nim dwóch krzepkich chłopaków. Bożena akurat rozwieszała pranie i zobaczyła ich zza prześcieradła.
— Szukamy Roberta Zawiszy — powiedział mężczyzna, którego twarz od razu skojarzyła z opisem. Darek Sowa. — Wiemy, że tu jest.
Robert stanął w drzwiach, blady, ale wyprostowany.
— Darek. Myślałeś, że zgniję w tym lesie?
— Myślałem, że będziesz rozsądny — odparł Sowa, robiąc krok bliżej. — Podpisz papiery, a zapomnimy o całej sprawie. Inaczej wrócimy tu, kiedy staruszki nie będzie w domu.
Bożena postawiła kosz z praniem na ziemi.
— Ja jestem w domu — powiedziała. — I mam telefon do posterunku w Dusznikach, i numer do siostrzeńca, który jest prokuratorem w Wałbrzychu.
To nie była do końca prawda — siostrzeniec pracował w sądzie jako pisarz — ale zabrzmiało wystarczająco stanowczo, żeby jeden z chłopaków cofnął się o krok.
Sowa zawahał się, spojrzał na Roberta, potem na kobietę z koszem prania, która nie miała zamiaru się cofnąć. Wsiedli z powrotem do SUV-a i odjechali, wzbijając kurz na polnej drodze.
Tej samej nocy Robert nie mógł spać. Usiadł przy kuchennym stole, gdzie Bożena piła miętę z termosu.
— Muszę wracać do Kłodzka — powiedział. — Nie mogę pozwolić, żeby zabrał to, co zbudował mój ojciec. Warsztat to trzydzieści osiem lat pracy rodziny.
Bożena nalała mu herbaty.
— To idź. Ale nie sam.
Rano pojechali razem, jej starym oplem, który ledwo zapalał na zimnie. W Kłodzku Robert poszedł prosto do notariusza przy rynku i zgłosił próbę wymuszenia, pokazując zdjęcia siniaków na nadgarstkach, które Bożena zrobiła telefonem jeszcze w lesie, zanim zdjęła bandaże. Zgłosił też sprawę na policję — z zaświadczeniem lekarskim, które dostał tego samego dnia w przychodni przy ulicy Wojska Polskiego.
Sowa próbował tłumaczyć, że to była "nieporozumienie między wspólnikami". Nie tłumaczyły się jednak zeznania świadka — dziewiętnastoletniego mechanika z warsztatu, który pod presją policji przyznał, że to on i kolega wywieźli Roberta na polecenie szefa.
Dwa miesiące później, w sądzie rejonowym w Kłodzku, zapadł wyrok — Sowa dostał trzy lata w zawieszeniu za pozbawienie wolności i próbę wymuszenia, z obowiązkiem zwrotu Robertowi jego pięćdziesięcioprocentowego udziału w warsztacie, wycenionego na sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych.
Robert nie wrócił jednak do Kłodzka na stałe. Warsztat sprzedał wspólnie z Bożeną odziedziczoną po jej mężu działkę pod Karłowem i za pieniądze z tej transakcji oraz odzyskany udział otworzył mały serwis w Polanicy-Zdroju, bliżej wsi. Bożena nadal zbierała zioła, ale teraz miała kogoś, kto wieczorem podgrzewał jej wodę na herbatę, zanim zdążyła zdjąć buty.
Pani Halinka, sąsiadka zza płotu, do dziś opowiada każdemu na przystanku, że to ona pierwsza zauważyła, jak młody mężczyzna niósł Bożenie drewno na opał — choć prawda jest taka, że w dniu, w którym Robert wprowadził się na dobre, zasnęła przed telewizorem i przegapiła wszystko.



