Poprosiłam ostatnio męża, aby odebrał córkę z przedszkola, ponieważ musiałam tego dnia zostać dłużej w pracy, a miałam do przejechania całe miasto więc wiedziałam, że nie zdążę. Mój mąż nigdy jej nie odbierał, bo zawsze robiłam to sama.
Nadeszło późne popołudnie i nagle zadzwonił mąż.
– Kochanie, nie mogę znaleźć naszej Uli!
– Jak to nie możesz? Przyjrzyj się uważnie, wśród tych dzieci na pewno jest nasza córeczka – odpowiedziałam.
Nic nie potrafi beze mnie zrobić! Nie wysłałam go w misję kosmiczną, ale do zwykłego przedszkola, by odebrał nasze dziecko. Rozłączyłam się i zadzwoniłam do nauczycielki przedszkolnej, żeby pomogła mojemu mężowi odnaleźć córkę. Ona jedna powiedziała, że wcale tutaj nie ma mojego męża. Wtedy już w ogóle niczego nie rozumiałam. Jak to go nie ma?
Oddzwoniłam do małżonka a ten powiedział, że stoi przy wejściu. Dziwne, nic z tego nie rozumiałam. Potem jednak dotarło do mnie, w czym rzecz.
– Powiedz mi, w którym przedszkolu jesteś? – pytam męża.
– W „Tygrysku” – odpowiada.
– Żartujesz sobie?! Nasza córka od dwóch lat chodzi do przedszkola „Pozytywka” – krzyczałam do telefonu – Szybko tam jedź i zabierz dziecko do domu!
Wstyd! Mąż wciąż nie wie, do jakiego przedszkola chodzi nasza córka. Dobrze, że w ogóle odebrał córkę! To mi jednak pokazało, że koniec z tym braniem wszystkiego na siebie. Niech on też zaangażuje się w wychowanie naszej córki!
