Jestem z mężem ponad cztery lata. Urodziło się nam dziecko, kupiliśmy mieszkanie i mogliśmy żyć razem szczęśliwie, ale mój mąż stał się fanatykiem religijnym.
Wszystko zaczęło się od próby wyremontowania naszego mieszkania. Nie mieliśmy dużo pieniędzy, dlatego postanowiliśmy dokonać remontu na własną rękę. Mąż zaczął wyrównywać ściany, ale po pracowaniu przy tynku zaczął mieć alergię. Koniec końców tynkarze musieli dokończyć to, co rozpoczął mąż. Kiedy skończyli, Jurek powiedział, że sam poradzi sobie z tapetą, ale jakoś mu to nie szło: albo klej nie trzymał tapety, albo coś z samą tapetą było źle, no wszystko nie było takie, jak powinno. Ja już sama przykleiłam tę tapetę. Nie udało nam się do końca zrobić remont, ale wprowadziliśmy się mimo tego do mieszkania.
Mieliśmy na głowie kredyt hipoteczny, który zżerał większość naszych wypłat, dlatego było nam ciężko dalej iść z remontem. Mój mąż zaczął wariować i szukać jakiegoś ujścia emocji, przez co ciągle zaczął znikać w kościele. Początkowo chodził tylko na niedzielne nabożeństwa, potem zaczął spędzać całe weekendy w kościele. Jeszcze gdyby był tylko na mszach i innych nabożeństwach, to byłoby pół biedy, ale jego nie ma od rana do wieczora.
Tak jak już wspominałam, z pieniędzmi u nas było ciężko, ale dopiero po kilku miesiącach dowiedziałam się, że mąż jedną dziesiątą swojej pensji oddawał kościołowi w ramach darowizny. Matko, XXI wiek, a on woli oddać kościołowi ciężko zarobione pieniądze, niż na rodzinę! Później nasze dziecko nagle bardzo ciężko zachorowało. Musiałam praktycznie całą swoją pensję oddawać na leki, aby synek doszedł do siebie. Najgorsze jest to, że w pewnym momencie nie miałam nawet pieniądzy na bilet miesięczny i musiałam wstawać 2 godziny wcześniej niż zwykle, aby dojść do pracy na czas. W jedna stronę szłam aż 1,5 godziny! Abyśmy nie umarli z głodu, musiałam wziąć kredyt. Męża nasza sytuacja w ogóle nie obchodziłą. Albo go ciągle nie było w domu, a kiedy już był, to czytał literaturę religijną, albo się modlił. Ja musiałam opiekować się dzieckiem, nie mogłam iść do drugiej pracy. Mąż mógłby, ale wolał na co innego przeznaczać wolny czas.
Życie z nim nie tylko w powyższych kwestiach jest okropne. Jeśli chodzi o życie intymne, to też ono między nami umiera. Mąż chce uprawiać seks tylko po ciemku, w jednej pozycji i ma tylko kilka dni w miesiącu, kiedy możemy to robić, bo w inne to grzech. Kiedy się z nim nie zgadzałam, to twierdził, że jestem ladacznicą i nie mam wstydu.
Naprawdę już mam dość. Nie dość, że nic nie robi w domu, nie zajmuje się dzieckiem, a pieniądze wydaje na kościół, to jeszcze mnie obraża. Niech idzie w diabły i żyje sobie z tą swoją wspólnotą kościelną!
