Mam osiemdziesiąt siedem lat i pamiętam dokładnie, jaki miał zapach klej tapetowy, którym mąż wyklejał nasze pierwsze mieszkanie na Bielanach. Truskawkowy, tani, kupiony na kartki. Zenon nie dożył czterdziestu pięciu. Zabrało go serce, w środę, przy śniadaniu, z kromką chleba w ręku, którą tak i nie zdążył ugryźć.
Zostałam z czwórką dzieci. Najmłodsza, Kasia, jeszcze siusiała do nocnika.
Na żałobę nie było czasu. Rano zawoziłam dzieci do przedszkola i szkoły, potem szłam do pralni przy Marszałkowskiej, gdzie prasowałam obrusy dla restauracji, a wieczorami sprzątałam biuro rachunkowe na trzecim piętrze. Winda tam nie działała od siedemdziesiątego dziewiątego roku, pamiętam to, bo akurat wtedy urodziła się Kasia.
Bywały wieczory, że ręce mi drżały od dźwigania wiadra z wodą. Ale rano budzik dzwonił o piątej czterdzieści pięć i wstawałam. Zawsze.
Dzieci dorastały szybko, bo musiały. Starszy, Marek, w wieku dwunastu lat sam robił zakupy i pilnował, żeby Kasia zjadła obiad, zanim wrócę z drugiej zmiany. Chciałam dla nich czegoś więcej niż miałam sama — żeby nie musieli liczyć, czy starczy do pierwszego.
Mieszkanie przy Konwaliowej, czterdzieści dwa metry, dwa pokoje z kuchnią, kupiłam na kredyt spłacany osiemnaście lat. Płytki w łazience popękały już w latach dziewięćdziesiątych, ale nigdy nie było pieniędzy, żeby je wymienić. Zostałam tam, kiedy dzieci się wyprowadziły — najpierw Marek do Wrocławia za pracą, potem Kasia wyszła za mąż i przeniosła się na Pragę, dosłownie dziesięć minut tramwajem, ale i tak dzwoniła raz w tygodniu, nie częściej.
Wieczorami siadałam na balkonie wielkości dwóch płyt chodnikowych. Miałam tam pelargonie w plastikowych donicach z Biedronki i starą filiżankę po mamie, z odpryskiem na uchu, z której piłam kawę zbożową, bo prawdziwa drażniła mi żołądek. Naprzeciwko, w oknie na parterze, sąsiadka Halina hodowała kanarka, który śpiewał najgłośniej właśnie o zachodzie słońca. Lubiłam to.
We wrześniu Kasia zadzwoniła i powiedziała, że w niedzielę przyjadą wszyscy razem, że dawno się nie widzieliśmy, że pojedziemy na małe wyjście.
Ucieszyłam się. Ubrałam ten niebieski sweter, który Marek przywiózł mi kiedyś z Niemiec.
Pojechaliśmy busem przez Wisłostradę, skręciliśmy gdzieś za Wilanowem. Zatrzymaliśmy się przed budynkiem z szyldem „Dom Seniora Pogodna Jesień". Marek wyjął z bagażnika moją walizkę — tę samą, którą spakował dzień wcześniej, bez mojej wiedzy.
— Mamo, tak będzie dla ciebie lepiej. Sama już nie dajesz rady z tymi schodami.
Kasia pocałowała mnie w policzek i powiedziała, że będą przyjeżdżać w każdą niedzielę. Potem wsiedli do busa i odjechali, a ja stałam z walizką przed automatycznymi drzwiami, które akurat się nie chciały otworzyć.
Teraz mój dzień dzieli się na posiłki o siódmej, trzynastej i osiemnastej. Pielęgniarka o imieniu Ewelina mierzy mi ciśnienie i notuje w tabelce. Jest miła, przynosi mi czasem gazetę. Nie jestem zaniedbana — pokój mam czysty, jedzenie ciepłe, tabletki podane na tacce w plastikowym pudełku z dniami tygodnia.
Ale nie mam swojego balkonu. Zamiast niego — korytarz ze świetlówką, która brzęczy tak, że po dwudziestej pierwszej słyszę ją nawet przez zamknięte drzwi.
Tęsknię za filiżanką z odpryskiem. Za kanarkiem Haliny. Za tym, że mogłam sama zdecydować, o której zjem śniadanie i czy w ogóle wstanę z łóżka przed dziewiątą.
Mówią, że potrzebuję opieki. Może i tak. Ale oprócz opieki potrzebuję też, żeby ktoś zapytał mnie o zdanie, zanim spakuje moją walizkę.
Przez pierwsze trzy miesiące dzwoniłam do Kasi co niedzielę wieczorem, po tym jak w telewizji w świetlicy kończył się program rozrywkowy, który wszyscy oglądali, bo nic innego nie leciało. Kasia zawsze miała mało czasu. Marek nie przyjechał ani razu, tłumaczył się pracą we Wrocławiu.
Aż pewnej niedzieli, w listopadzie, kiedy za oknem lało jak z cebra, zadzwoniła do mnie sąsiadka z pokoju obok, pani Zofia, i powiedziała, że jej wnuczka jest prawniczką i przyjeżdża w odwiedziny w przyszłym tygodniu. Zapytała, czy chciałabym z nią porozmawiać.
Wnuczka miała na imię Ania, miała z tego, co pamiętam, trzydzieści parę lat i teczkę pełną papierów swojej babci. Usiadła obok mnie przy stoliku w świetlicy, poczęstowała mnie herbatnikiem z opakowania, które przyniosła, i zapytała wprost, czy mieszkanie przy Konwaliowej wciąż jest na mnie.
Było. Nikt go jeszcze nie przepisał, choć Marek już dwa razy pytał przez telefon, "czy nie warto by tego uporządkować, mamo, na wypadek czego".
Ania wytłumaczyła mi spokojnie, co to znaczy pełnomocnictwo, a co darowizna, i że jedno i drugie mogę cofnąć albo po prostu nie podpisywać, dopóki sama nie zdecyduję, co chcę zrobić.
W grudniu, dwa tygodnie przed świętami, poprosiłam Ewelinę, żeby zamówiła mi taksówkę. Zapytała, dokąd. Powiedziałam, że do notariusza przy Puławskiej, tego samego, u którego kiedyś spisywaliśmy z Zenonem umowę kredytu.
Pojechałam sama, z teczką, w której miałam księgę wieczystą mieszkania i dowód osobisty. Spisałam testament — mieszkanie przy Konwaliowej zostawiłam Kasi i Markowi po połowie, tak jak i tak by się to rozeszło, ale dodałam jeden zapis: dopóki żyję, nikt bez mojej zgody na piśmie nie ma prawa go sprzedać, wynająć ani niczego z niego zabrać. Kazałam też wpisać do aktu, że pełnomocnictwa do rozporządzania moim kontem, tym z emerytury, udzielam wyłącznie Ewelinie z domu opieki — do opłacania mojego pobytu i niczego więcej.
Notariusz, starszy pan w okularach, zapytał, czy jestem pewna, że nie wolę zostawić tego dzieciom. Odpowiedziałam, że właśnie dlatego zostawiam to sobie.
Kasia zadzwoniła w styczniu, kiedy w sądzie wieczystoksięgowym pojawił się wpis o ograniczeniu. Głos miała wysoki, przyspieszony.
— Mamo, co ty zrobiłaś, dlaczego nie powiedziałaś nam wcześniej, Marek mówi, że teraz nie możemy nawet mieszkania oddać pod wynajem, żeby pokryć twój pobyt tutaj…
Powiedziałam jej spokojnie, że mój pobyt opłacam z emerytury i z tego, co odkładałam przez czterdzieści lat prania cudzych obrusów, i że mieszkania nikt nie musi wynajmować, bo ja tam jeszcze wrócę.
Nastała cisza po drugiej stronie, taka, w której słychać tylko oddech.
W marcu przyjechali oboje, Marek i Kasia, pierwszy raz razem od tamtej niedzieli z busem. Usiedli naprzeciwko mnie w świetlicy, Marek trzymał w ręku wydruk z aktu notarialnego.
— Mamo, myśleliśmy, że tak będzie dla ciebie bezpieczniej.
— Bezpieczniej dla kogo, synku.
Nie podniosłam głosu. Nalałam sobie herbaty z termosu, który zawsze trzymam przy łóżku, bo tutejsza jest za słaba.
— Zapytaliście mnie choć raz, czy chcę tu być? Czy może wolę wrócić na Konwaliową, nawet jeśli schody będą mnie bolały bardziej niż winda w waszym bloku?
Marek nie odpowiedział. Kasia płakała, ale nie przerywałam sobie herbaty, żeby ją pocieszać.
W maju wynajęłam opiekunkę, panią Grażynę, która przychodzi do mnie na Konwaliową trzy razy w tygodniu, opłaconą z mojego konta, tego samego, do którego dostęp ma tylko Ewelina i ja. Wyprowadziłam się z domu seniora w kwietniu, kiedy zrobiło się cieplej. Pelargonie zdążyły uschnąć przez zimę, ale kupiłam nowe, w tych samych plastikowych donicach z Biedronki.
Kanarek Haliny wciąż śpiewa o zachodzie słońca. Siadam na balkonie z filiżanką po mamie i słucham.



