W tej chwili mam 65 lat, jestem na emeryturze i żyję własnym życiem. Jesteśmy z mężem rozwiedzeni od dwudziestu lat.
Rozstaliśmy się dawno temu, gdy mój najmłodszy syn skończył sześć lat. W końcu to on nalegał na kolejne dziecko, gdy mieliśmy już dwójkę. Zastanawiałam się, czy stać nas na kolejne, ale mąż zapewniał mnie, że duża rodzina to szczęście. Kilka lat później miał kochankę, do której odszedł. Nie ma dzieci i jest dużo młodsza, a ja zostałam sama z trójką dzieci. Do tego problemy: szkoła, przedszkole, choroby, wszystko inne. Mąż płacił alimenty, ale to było za mało.
Musiałam biegać jak chomik w kołowrotku. Samotnie ich wychowywałam. Teraz dzieci dorosły, przeniosły się do różnych miast. Każdy jest zajęty swoim własnym życiem,a ja zostałam sama. Muszę pracować na pół etatu w markecie, żeby przeżyć i nie zwariować z samotności.
Moi przyjaciele pracują, albo niańczą swoje wnuki. Moje są poza zasięgiem. Rzadko przychodzą w odwiedziny, a ja w swoich czasach męczyłam się z dziećmi. Teraz patrzę na swoją przeszłość i zdaję sobie sprawę, że nie widziałam nic poza pieluchami. Poza tym, że nie przespałam wystarczająco dużo nocy, leczyłam wszystkich, rozwiązywałam problemy i martwiłam się o wszystko. Może gdybym nie miała dzieci, to miałabym więcej czasu dla siebie, a mój mąż by nie odszedł. A teraz kto mnie potrzebuje? Pozostaje mi tylko żałować życia, które prowadziłam i szans, które przegapiłam.
To wszystko moja własna wina. Nikt nie zmuszał mnie do rodzenia jednego dziecka po drugim.



