Z Mariuszem znaliśmy się od przedszkola, a w związku byliśmy od końca szkoły podstawowej. Może ktoś sobie pomyśli, że to szczenięca miłość, ale tak nie było, przynajmniej z mojej strony. Lata mijały, a ja coraz bardziej go kochałam i wiedziałam, że to osoba, z którą mogłabym, a przede wszystkim chcę spędzić resztę życia.
Kiedy poszliśmy na studia, to Mariusz mi się oświadczył i nalegał ze ślubem. Twierdził, że skoro i tak jesteśmy ze sobą tak długo, to nie ma sensu tego przeciągać, a ślub jest już tylko formalnością. Tak jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i na pierwszym roku studiów, gdy oboje mieliśmy zaledwie po 19 lat, zawarliśmy małżeństwo. Z racji tego, że nie mieliśmy pieniędzy, wzięliśmy tylko ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego z postanowieniem, że gdy będziemy już pracować, odłożymy na ślub kościelny i na wesele.
Na początku wszystko było w porządku, ale potem, gdy okazało się, że małżeństwo to nie tylko miłe spędzanie wspólnych chwil, ale też obowiązki, Mariusz nie był już taki zadowolony. Po ślubie zamieszkaliśmy razem. Wcześniej każde z nas mieszkało u swoich rodziców. Liczyłam na to, że oboje będziemy dzielić jakoś obowiązki domowe. On jednak nie garnął się do gotowania, sprzątania czy prania i liczył, że to ja będę to wszystko robić. Mówił też, że nie rozumie, czego ja od niego chce, bo w jego domu te wszystkie „babskie” czynności wykonywała mama i wszystko było dobrze.
Potem było już tylko gorzej. Na drugim roku studiów poznał dwóch nowych kumpli, którzy studiowali na roku wyżej. Zaczęli go wyciągać na piwo, potem na imprezy i to całonocne. Tak naprawdę nie wiedziałam, gdzie on dokładnie jest i co robi, bo nie zamierzał mi się z niczego tłumaczyć. Nieraz mówił mi, że nie jestem jego matką i nie będzie mi się spowiadać, a poza tym jest młody i ma prawo się wyszumieć.
Raz podsłuchałam jego rozmowę przez telefon z jednym z tych kumpli, Łukaszem. Mój mąż był wówczas po kolejnej całonocnej balandze i męczył go kac, ale Łukasz już chciał go wyciągnąć na kolejną. Mariusz zaczął się wykręcać, że dzisiaj nie może, a Łukasz wtedy zaczął się z niego śmiać, że jest pantoflem i pewnie nie może, bo żonka mu nie pozwala. Mimo złego samopoczucia jednak poszedł na imprezę, bo nie chciał wyjść na „pantofla”, a mnie na odchodne zwyzywał i powiedział, że nasz ślub był błędem.
Wtedy sobie wszystko przemyślałam i faktycznie miał rację. Nasz ślub był błędem, bo jeśli jacyś nowi koledzy ze swoimi zachowaniami rodem z przedszkola, są w stanie doprowadzić do tego, że ukochana kobieta jest na drugim miejscu i związek z nią się rozpada, to znaczy, że wybrałam nieodpowiedniego mężczyznę.
Pół roku po tej sytuacji byliśmy już rozwiedzeni. Uważam, że gdyby Mariusz był człowiekiem, dla którego nie są najważniejsi koledzy, to ten związek mógłby przetrwać. On jak widać, wolał poklask ze strony koleżków niż założenie stabilnej rodziny.

